Wieści z gmin
Osłodzą powrót do szkoły
Bajkowy koniec wakacji

Trzech wesołych klaunów odwiedzi w najbliższy wtorek Miejsko - Gminną Bibliotekę Publiczną w Wąchocku i przez kilka godzin będzie zabawiać małych czytelników. To znakomite zakończenie tegorocznych wakacji. Trudno w to uwierzyć, ale znów zaczyna się szkoła. Dyrekcja wąchockiej książnicy postanowiła więc uprzyjemnić dzieciakom ostatnie chwile letniej przerwy w nauce i zaprosiła na wtorkowe spotkanie trzech bajkowych klaunów. Już o godz. 16.00 pojawią się oni na placu przed biblioteką i zaproponują maluchom mnóstwo ciekawych zabaw. Będą bańki mydlane, a także łowienie rybek, narty zespołowe, zabawy taneczne, wyścigi na osiołkach i zabawy z rekwizytami, malowanie buziek, a także przeciąganie liny. I na tym nie koniec, bo program aż pęka od różnych konkursów i nagród. Dzieciaki będą się ścigać na dywanikach oraz konikach na patyku, zaplatać warkocze i robić zwierzątka z balonów. Dla bardziej giętkich i zwinnych przewidziano naukę chodzenia na szczudłach. W planach jest również wyścig w "zespołowych gaciach", siedmiometrowy kolorowy tunel oraz gra w piłkę za pomocą kolorowych płacht, zdradziła GAZECIE Magdalena Łodej, dyrektor Miejsko - Gminnej Biblioteki Publicznej w Wąchocku.

- Tym razem chcieliśmy nieco inaczej pożegnać wakacje, dlatego zaprosiliśmy do siebie bajkowych klaunów - mówi szefowa książnicy. - Są to profesjonalni animatorzy kultury. Mam nadzieję, że zaproponowane przez nich zabawy spodobają się dzieciom i na długo zapadną im w pamięć. Spotkanie zakończy wspólne ognisko, na którym będzie można upiec kiełbaski, zapewnione przez dyrektor biblioteki.
- Zapraszamy wszystkich we wtorek. Będzie naprawdę wesoło i bardzo ciekawie - zachęca M. Łodej. (An)
Odpust w nowym wydaniu
I Festyn Cysterski w Wąchocku

Tłumy mieszkańców zjawiły się na odpuście św. Rocha, któremu towarzyszył Festyn Cysterski, zorganizowany po raz pierwszy w Wąchocku. Imprezie przyświecał szczytny cel - sfinansowanie wyprawek szkolnych dla dzieci z biedniejszych rodzin - na który udało się zebrać ponad 3 tys. zł. Tegoroczna impreza była inna niż poprzednie. Do tej pory, na św. Rocha, odbywał się tu tylko odpust, na który ściągali mniej lub liczniej mieszkańcy. W samo południe, na wzgórzu nazwanym imieniem świętego odprawiano uroczystą mszę świętą. Tak było i tym razem, z tą tylko różnicą, że wszystko zaczęło się zdecydowanie wcześniej, bo jeszcze przed godziną 9.00. Pierwsze kramy można było zobaczyć już ok. godz. 8.00 przed furtą klasztorną w Wąchocku. Obok nich pojawiło się także wiele stoisk, na których prezentowano miejscowe wyroby, w czym przodowały koła gospodyń wiejskich.
Coś dla ciała i dla ducha

- Były domowe wypieki, kanapki, tradycyjny ogórek i chleb ze smalcem - wymienia Marian Susfał, dyrektor Miejsko - Gminnego Ośrodka Kultury w Wąchocku. Nie zabrakło także podpiwku, o który zatroszczyły się panie z Koła Gospodyń Wiejskich w Ratajach. W ciągu dwóch pierwszych godzin sprzedały prawie 80 litrów tego smakowitego napoju, który doskonale gasił pragnienie w upalny dzień. Pojawili się również kolekcjonerzy prezentujący swoje zbiory. Można było zobaczyć wystawy motyli, a także staroci. Jedną z ciekawszych miał Stanisław Jaruszewicz z Marcinkowa, który sztuką ludową pasjonuje się od dawna. Swoje stoiska przygotowały także różne stowarzyszenia m.in. Lokalna Grupa Działania "Wokół Łysej Góry", Stowarzyszenie Nauczycieli Polskich, grupa "Zawsze młodzi", czy parafialny zespół Caritas. Tuż przed południem większość mieszkańców przeniosła się na górę św. Rocha, gdzie obok kaplicy została odprawiona uroczysta suma odpustowa. Uczestniczyło w niej sześciu księży i tłumy wiernych. Koncelebrze przewodził ksiądz kanonik Aleksander Sikora, proboszcz parafii Najświętszego Serca Jezusowego w Starachowicach, który także wygłosił homilię. Wspominał w niej historię życia i śmierci świętego. Po zakończeniu modlitw, większość powróciła przed furtę klasztorną, gdzie o godz. 13.00 rozpoczęły się występy na dużej scenie. Zaprezentowało się tam wiele zespołów, które można było zobaczyć podczas papieskiego koncertu m.in. Acustic Trio i Artura Bińka. Śpiewała też bardzo liczna schola parafialna z Wąchocka, a także chór prowadzony przez Annę Sitkowską. Byli również artyści z Miejsko - Gminnego Ośrodka Kultury, prowadzeni przez Marka Samsonowskiego. Ze względu na wakacyjną porę nie dotarła schola parafialna z Iłży. Duże wzięcie miały konkursy dla dzieci organizowane przed klasztorem, obok estrady: zabawy ruchowe, zmagania sportowe, konkursy plastyczne oraz muzyczne, w których mogły brać udział całe rodziny.
Cel był szczytny

Przez cały dzień trwała też loteria fantowa, z której dochód w całości zostanie przeznaczony na wyposażenie dzieci z biedniejszych rodzin w książki i pomoce dydaktyczne do szkoły. Podobnie zresztą, jak utarg ze sprzedaży domowych wypieków.
- Sprzedaliśmy prawie wszystkie przygotowane losy - mówi Marian Susfał. - A było ich 550 - dodaje dyrektor. - Wzięły one udział w losowaniu cennych nagród ufundowanych przez księdza biskupa Henryka Tomasika, ordynariusza diecezji radomskiej, starostę Andrzeja Matynię, Jana Wzorka, przewodniczącego Rady Powiatu w Starachowicach, a także burmistrza Jarosława Samelę. Mieszkańcy chętnie inwestowali 4 zł, by zdobyć górski rower, sprzęt AGD czy inne upominki, jak plecaki lub parasole.

- Zaczynaliśmy od tych mniej cennych, a skończyliśmy na tych najbardziej wartościowych, jak odkurzacz oraz żelazko, podarowane przez burmistrza, czy rower przekazany przez starostę. Nagrodę główną w imieniu szefa powiatu wręczył zwycięzcy Jan Wzorek, który jeszcze bardziej podbił stawkę, dorzucając do puli, aparat fotograficzny. Byli też i tacy, którzy zamiast kupić losy, woleli przekazać gotówkę, jak np. radny Paweł Ciszewski, czy Szczepan Kowalik (właściciel piaskarni w Marcinkowie). Podarowali oni na rzecz dzieci po 200 zł.
- W sumie udało się nam zebrać ponad 3, 5 tys. zł - mówi dyrektor Susfał. - Teraz w porozumieniu z dyrektorami szkół, wytypujemy uczniów, którzy najbardziej potrzebują pomocy.
Nastrojowy koncert w opactwie

Ale to nie koniec atrakcji, na jakie mogli liczyć uczestniczy niedzielnej imprezy. Po mszy wieczornej odbył się w kościele wyśmienity koncert "Perły muzyki sakralnej", w wykonaniu muzyków z Łodzi: Moniki Kolasy - Hladikovej (mezzosopran), Joanny Woszczyk-Garbacz (flet), a także Jakuba Garbacza (organy).
- Byliśmy mile zaskoczeni frekwencją, bo kościół wypełnił się po brzegi - mówi dyrektor Susfał. - Wszystkie utwory były rozpisane na trzy głosy. Część z nich została wykonana na zabytkowym instrumencie klasztornym, zaś pozostała - na organach elektronicznych. Repertuar najwidoczniej spodobał się publiczności, bo gorąco oklaskiwała artystów. Impreza zakończyła się po godz. 19.00. Zdaniem organizatorów była bardzo udana. Ściągnęła przed klasztor wielu pielgrzymów, którzy przyjechali do miasta na odpust. Tym razem mogli spędzić nieco więcej czasu w miasteczku cudów, a przy okazji wspomóc akcję charytatywną i nabyć trochę miejscowych produktów. Nikt, kto tu przyszedł z pewnością nie wyszedł stąd głodny. A biorąc pod uwagę, że dotychczasowe odpusty, kończyły się ok. godz. 14.00, można mówić o sporym sukcesie.
- Mamy nadzieję, że ta impreza wejdzie na stałe do kalendarza kulturalnego w Wąchocku - mówi burmistrz Jarosław Samela. - Często obserwowaliśmy podobne, jeżdżąc na fora cysterskie. Chcielibyśmy, żeby z czasem przerodziła się ona w piknik cysterski, co - nie ukrywam - może być trudne do zrealizowania. Nie ma u nas typowych produktów cysterskich, jak w niektórych miastach, mamy za to piękne opactwo, którym chcielibyśmy się pochwalić. Impreza jest o tyle ciekawa, że zaangażowała wielu mieszkańców, a także przedstawicieli lokalnych stowarzyszeń. Tym razem inicjatywa była oddolna i właśnie dlatego jest to tak cenne przedsięwzięcie - uważa burmistrz. - Zrobimy wszystko, by było kontynuowane w przyszłości. Podobnego zdania jest proboszcz parafii św. Floriana w Wąchocku, ojciec Honoriusz Kostek, który wspólnie z Miejsko - Gminnym Ośrodkiem Kultury, zorganizował ten parafialny festyn. (An)
Nic tylko korzystać
Kanalizacja na finiszu

Dobiegają końca prace związane z budową kanalizacji w Wąchocku. Na ulicy Hutniczej sieć jest już gotowa i mieszkańcy mogą się do niej przyłączać. Podobnie będzie wkrótce na ulicy Skalistej i Błonie, która sprawiła wykonawcom najwięcej trudności. Prace trwały tam kilka miesięcy. Przetarg na budowę kanalizacji na ul. Błonie oraz Skalistej wygrało Przedsiębiorstwo Komunalne Produkcyjno - Usługowo-Handlowe z Iłży, które zaproponowało wykonanie tego zadania za kwotę ponad 138 tys. zł. Miało się z nim uwinąć do 3 sierpnia, ale z uwagi na trudności, jakie pojawiły się w trakcie realizacji, termin przesunięto o kilka tygodni. Wszystko z powodu wody, która napływała ciągle do wykopu. Znajdował się on na poziomie rzeki Kamiennej. Na szczęście sytuację udało się opanować i wszystko wskazuje na to, że prace są już na ukończeniu.
- Tak naprawdę pozostało jeszcze wykonanie ok. 20 - metrowego odcinka, a także spięcie nowo wybudowanego kanału z już istniejącym - mówi burmistrz Jarosław Samela. - Nie powinno to potrwać dłużej niż tydzień. O wiele sprawniej poszło na ulicy Hutniczej. Tu, jak twierdzi burmistrz, sieć została już praktycznie wykonana. Zajęło się tym Przedsiębiorstwo Budowlano - Montażowe "Elwod". Mieszkańcy mogą się już przyłączać. Zainteresowanie jest podobno duże. (An)
Kontrowersyjne dożynki
Nie czas na "Mandarynę"

Brak wyobraźni, roztropności, a nawet solidarności z poszkodowanymi przez powódź zarzucił Zarządowi Powiatu Andrzej Maciąg z opozycji. A wszystko przez "Mandarynę", zapowiedzianą gwiazdę tegorocznych dożynek powiatowo - gminnych. Czym "podpadła" szefowi ludowców? W zasadzie niczym. Widział on jednak zupełnie inny sposób na wykorzystanie jej gaży, zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdy tak wiele osób walczy ze skutkami powodzi. Mając w pamięci świeże obrazy tragedii, jaka rozegrała się niedawno w Zgorzelcu i Bogatyni, najchętniej zrezygnowałby z organizacji tegorocznych dożynek.
- Sądziliśmy, że taki ruch zostanie wykonany przez powiat, wzorem 2001 roku, zwłaszcza, że samorząd wojewódzki nie zdecydował się na organizację dożynek - mówił. - Natomiast środki można byłoby przekazać poszkodowanym przez powódź mieszkańcom, bądź samorządom. Uważamy, że pieniądze dla "Mandaryny" należałoby przeznaczyć na jakiś szczytny cel - przemawiał w imieniu klubu. - Już przy okazji organizacji Jarmarku Starzecha, zwracaliśmy uwagę, że lepiej dać je ludziom, niż puścić w górę z fajerwerkami. Zarząd Powiatu powinien wykazać się większą wyobraźnią - strofował radny. Starosta odpierał zarzuty.
- Chcieliśmy udzielić pomocy finansowej osobom z terenów zalanych - przypominał Andrzej Matynia. - Przeznaczyliśmy 30 tys. zł na organizacje wypoczynku letniego dla dzieci z poszkodowanych terenów. Wystosowaliśmy propozycje do burmistrza, ale nie spotkała się ona z odzewem. Nikt nam nie może zarzucić, że nie chcieliśmy pomóc.
- Może lepiej byłoby jednak zrezygnować z koncertu, który ma kosztować ponad 20 tys. zł, a pieniądze przeznaczyć na coś innego - kontynuował radny Stanecki. Podobnego zdania był Marian Mróz, który mówił o jeszcze większej stawce.

- Jak na razie pomoc była tylko z naszych diet, i to niewielka - twierdził M. Mróz. - W budżecie powiatu powinna znaleźć się kwota co najmniej 50 tys. z, a najlepiej, by było to ok. 100 tys. zł dla ludzi dotkniętych powodzią. Starosta był temu jednak przeciwny.
- Jestem daleki od tego, by z kwestii pomocy robić rozgrywki o charakterze politycznym - mówił. - Zarówno na terenie miasta, jak i powiatu prowadziliśmy zbiórki. Uczestniczyło w nich wiele osób, które przekazywały różne materiały. Pomoc szła z różnych środowisk, które angażowały się w nią bezpośrednio. Rozmowy na temat dożynek nie zaczęły się w maju, czy czerwcu. Decyzje w tej sprawie zapadły na przełomie zimy i wiosny. Oba samorządy przeznaczyły określoną kwotę na organizację dożynek dla mieszkańców, którzy mają możliwość zaprezentować swój gminny dorobek. Dawno już podpisaliśmy umowy, wysłaliśmy zaproszenia. Byłoby śmieszne, gdybyśmy chcieli teraz wszystko odwoływać. Jak potraktowalibyśmy gminę, wójta, a także mieszkańców...?
- Potwierdził pan tylko, że zabrakło wam wyobraźni - upierał się Maciąg. - Powódź była w maju. Mieliście czas, aby odpowiednio zareagować i we właściwy sposób podziękować rolnikom za trud, niekoniecznie z "Mandaryną". Ale Zarząd nie wykazał się sprytem ani roztropnością. Żeby pomoc była dobra oraz skuteczna, musi być szybka. Często używamy patetycznych słów, takich jak solidarność przez duże "S", ale w praktyce brakuje nam zwykłej ludzkiej solidarności- stwierdził. (An)
Nie dotrzymane, czy źle zrozumiane obietnice?
Podobno miał być remont nawierzchni
Zdenerwowana i nie przebierająca w słowach mieszkanka ulicy Leśnej w Brodach oskarżała władze gminy o ignorowanie oczekiwań społecznych w sprawie remontu drogi. Twierdziła, że prace, o które ludzie od dawna się upominają, zostały niespodziewanie przerwane, za to nieoczekiwanie pojawiła się tam mulda, o którą mieszkańcy nie prosili.
- O remont składamy pisma od dwóch lat. Gmina obiecała go zrobić, ale nic z tego nie wyszło. Za drugim razem zaczęła robić, ale w połowie go przerwała przed posesją pani, która kiedyś pracowała w urzędzie gminy. Na jej życzenie położyła tam muldę. Na piaszczystej ulicy? Kto tu jeździ tak szybko, żeby wprowadzać ograniczenia prędkości? A gdzie obiecana droga? Jak oni nas traktują - irytowała się kobieta.
- O muldę zawnioskowali mieszkańcy, więc nic się tam nie działo bez przyzwolenia społecznego. Została położona wczoraj, a dziś jest już rozebrana - informował nas w środę wójt Andrzej Przygoda.
- I też na wniosek mieszkańców, w wyniku spotkania, które odbyło się na ulicy Leśnej z udziałem ich oraz pracowników urzędu. Rezultatem spotkania jest notatka służbowa zawierająca wykaz oczekiwań zgłoszonych przez mieszkańców. Znalazły się tam następujące postulaty: ułożenie korytek ściekowych wzdłuż ulicy Leśnej, udrożnienie przepustów, wykonanie przepustu na wjeździe do jednej z posesji, zlikwidowanie muldy oraz wyrywkowe kontrole ulicy przez policję. O remoncie drogi nie ma ani słowa - podkreśla wójt. Sławomir Mąka, kierownik Referatu Inwestycyjnego w UG w Brodach dodaje, że utwardzenie drogi było mieszkańcom obiecywane, ale dopiero po położeniu kanalizacji sanitarnej.
- Taka inwestycja jest zaplanowana do realizacji. Dopiero po położeniu kanalizacji jest sens utwardzenia nawierzchni. Ponieważ jednak mieszkańcy bardzo narzekali na zły stan drogi, odwiedzając nawet dwukrotnie urząd w tej sprawie, poszliśmy im na rękę, choć przy tej ulicy stoi może z 5 domów. Mimo to, przy okazji asfaltowania drogi w Budach Brodzkich nawieźliśmy kruszywa na ulicę Leśną i zasypaliśmy nim największe wyrwy i zaniżenia terenu, żeby zapewnić ludziom w miarę godziwy dojazd do posesji. Prace kosztowały około 4 tys. zł i zostały wykonane około 2 miesiące temu. Natomiast mulda pojawiła się w tym tygodniu przed posesją mieszkańca, który o nią prosił. Została jednak zaledwie dzień później rozebrana na wniosek większości mieszkańców -podsumowuje kierownik. (iwo)
Są pieniądze
Policja i poczta wrócą na swoje

200 tys. zł na usunięcie szkód wyrządzonych przez powódź dostała z ministerstwa gmina Wąchock. Dzięki temu będzie mogła wyremontować budynek komisariatu policji i poczty, nadszarpnięty przez wodę. Od kilku miesięcy stoi on pusty. W pomieszczeniach zapadły się wszystkie posadzki, co spowodowało pęknięcia na ścianach. Ubytki były na tyle poważne, że wzbudziły niepokój Inspekcji Nadzoru Budowlanego, która zdecydowała o zamknięciu obiektu i przeprowadzeniu natychmiastowej ewakuacji. Pracowników poczty przeniesiono do gminy, w której uruchomiono doraźny punkt pocztowy, natomiast policjanci trafili do posterunku w Mircu oraz komendy w Starachowicach. Na szczęście nie na długo, bo budynek - co potwierdziła ekspertyza - kwalifikuje się do remontu. Sama konstrukcje nie została bowiem naruszona. A teraz znalazły się na to także pieniądze. Gmina dostała 200 tys. zł promesy z MSWiA na usuwanie szkód wyrządzonych przez powódź.
- Dzięki temu, że znaleźliśmy się na wykazie gmin i miejscowości, w których stosuje się szczególne zasady odbudowy, remontów i rozbiórek obiektów budowlanych zniszczonych lub uszkodzonych w wyniku działania żywiołu, obowiązują nas uproszczone procedury budowlane - mówi burmistrz Jarosław Samela. A to oznacza, że samorząd nie będzie musiał czekać na pozwolenia i do połowy grudnia zamierza wyremontować budynek poczty oraz policji, by od nowego roku instytucje mogły powrócić do odnowionych pomieszczeń.(An)
Ciekawe pasje seniorki z Ostrożanki
Szydełkowanie przy futbolu i kwiatach

Zofia Karczewska z Ostrożanki (gmina Mirzec) jest na emeryturze, ale nie poddaje się leniwemu trybowi jesieni życia. Wręcz przeciwnie. Dopiero teraz znalazła wystarczająco dużo czasu na jedną ze swoich wielkich pasji: szydełkowanie. Robótek ma tak dużo, że wypełniają cały pokój. Ale jest coś, co potrafi ją oderwać nawet od ukochanej dłubaniny. To... mecze futbolowe w telewizji. Pani Zofia kocha piłkę nożną. Lubi też kwiaty. W ogródku hoduje żywe, a dom ozdabia pięknymi bibułkowymi różami własnej produkcji. Pani Zofia doczekała się w tym roku niespotykanych efektów ogrodniczych. Koło jej domu wyrósł kwiatek znacznie przewyższający dorosłego człowieka.
- Nie mam pojęcia, jak się nazywa, bo nie zapytałam. Wybrałam go na targu przy okazji kupowania sadzonek do ogródka. Sprzedawczyni mówiła, że zakwitnie na fioletowo. Na moje pytanie, czy to będzie wysoki odpowiedziała, że nie - wspomina pani Zofia. Tymczasem stało się dokładnie na odwrót. Roślina wystrzeliła w górę na imponującą wysokość bijącą na głowę nawet najwyższych koszykarzy świata.
- Gdy go ostatnio mierzyłam miał 2 metry 54 centymetry. Nie dbałam o tego kwiatka jakoś specjalnie. Grządkę przygotowałam jak zwykle, skopałam ziemię z nawozem naturalnym spod królików. A potem tylko go podlewałam. Traktowałam jak wszystkie inne kwiaty, których mam bardzo dużo, bo to moja pasja od kilku lat. Od kiedy przeszłam na emeryturę - dodaje mieszkanka Ostrożanki. Odpoczynek od pracy zawodowej pozwolił jej także na rozwinięcie innego wielkiego hobby - szydełkowania. To umiejętność, którą pani Zofia nabyła jeszcze w szkole podstawowej w Mircu, na zajęciach z prac ręcznych. Nauczycielka przekazała wiedzę sporej ilości uczennic, ale jak mówi pani Zofia tylko u niej rozwinęło się to w życiową pasję, która trwa już 50 lat.
- Co prawda nie przez cały ten okres mogłam szydełkować tyle, ile chciałam,
bo pracowałam w handlu prowadząc duże sklepy. Dopiero po przejściu na emeryturę
mam czas, żeby się tym zająć intensywniej - mówi.
Spod jej pracowitych rąk wyszły serwetki, poszewki na poduszki, obrusy, firanki,
makatki, kapy na łóżka, koszyczki. Był także moment, że znajdowała popyt u ludzi
na szydełkowe chusty, rękawiczki, a nawet pończochy. Jednak ukochany motyw pani
Zofii to kreacje dla lalek.
- Uwielbiam je stroić w szydełkowe ubranka. Mam tylko problem, ponieważ teraz bardzo trudno o takie lalki, jakie mi odpowiadają - wzdycha. Panią Zofię interesują tylko spore plastikowe, z zamykanymi oczami, które można posadzić. Takie, jakimi dziewczynki powszechnie bawiły się kilkanaście lat temu.
- Teraz w sklepach są same pluszaki. Albo Barbie. Jak ubrać taki szkielet? - mówi kpiąco.

- Ostatnio udało mi się dostać tylko trzy odpowiednie lalki, a jedną przywieziono mi aż z Hiszpanii. Trochę uszkodzoną, w kawałkach. Poskładałam ją, ubrałam elegancko, dodałam koronę i teraz stoi u mnie jako hiszpańska królowa - wskazuje na półkę pani Zosia. Gdyby zgromadzić całe szydełkowe rękodzieło, jakie wykonała, zebrałoby się na pewno z kilkaset sztuk. Wiele wczesnych egzemplarzy nie przetrwało jednak do dzisiejszych czasów, inne zmieniły właściciela.
- Prace z mojej młodości się nie zachowały, a z późniejszych dużo powydawałam ludziom. Najintensywniej szydełkuję na przestrzeni ostatnich 10 lat. I tych robótek już nikomu nie daję. Koniec. To jest tylko moje - śmieje się ludowa artystka. Ile się uzbierało po tej pracowitej dekadzie? Pani Zofia nie wie dokładnie, bo nie liczyła szydełkowych dzieł, które systematycznie zapełniały pokój służący jej za sypialnię. Na szybki rzut oka jest ich kilkadziesiąt. Miejsce wypoczynku pani Zofii przypomina dzięki nim bogato wyposażoną izbę ludowego muzeum. Drzemka w takim miejscu na pewno relaksuje. A może nawet lokatorka ma tu przysłowiowe kolorowe sny? Bo białych robótek jest w tej kolekcji niewiele. Niemal wszystkie wykonane są z barwnych włóczek. Do domowego muzeum, jak żartuje pani Zofia, mężczyznom wstęp wzbroniony.
- Oni nie rozumieją, ile to wymaga pracy. Kiedyś zadałam sobie trud i policzyłam oczka tylko w jednej serwetce. Było ich aż 6 tysięcy! Koleżanki nieraz mnie pytają, jak mi się chce tyle nad tym siedzieć. Odpowiadam, że w ten sposób wypoczywam - mówi pani Zofia. Ale jest coś, z czym przegrywa nawet ukochane szydełko i włóczki. To sport, a dokładnie mecze piłki nożnej.
- W czasie telewizyjnych transmisji robótki odkładam na bok. Skąd się to u mnie wzięło? Zamiłowanie do sportu zostało mi od czasów szkolnych. Ja w ogóle lubię życie w ruchu - dodaje. Co ciekawe, mąż pani Zofii nie przepada za futbolem.
- Ma własny telewizor, bo jak jest piłka, to on by najchętniej wyłączył, a ja muszę obejrzeć. Z ostatniego mundialu widziałam większość ze wszystkich 50 meczów - chwali się starsza pani.
- Oglądałam także nocne transmisje. Wszyscy w domu szli spać, a ja zasiadałam przed ekranem, mimo że Polacy nie grali w tych mistrzostwach. Kibicowałam innym klubom, ale nie jakoś szczególnie, bo co tu dobrze życzyć obcokrajowcom, skoro nasi są tacy kiepscy, nic nie mogą z siebie dać - wzdycha pani Zosia ze smutkiem prawdziwego kibica.

- Lubię zespoły z Argentyny, Brazylii, Hiszpanii. Nie lubię Włochów, bo bardzo brzydko się zachowują na boisku. Są aroganccy, często próbują wygrać podstępem - ocenia. Ale jej zainteresowania nie kończą się na piłce. Nietuzinkowa seniorka lubi też oglądać zmagania lekkoatletów i dyscypliny zimowe. Najwyraźniej standardowe podejście do sportu w przypadku nestorów rodziny Karczewskich uległo zupełnemu odwróceniu. Na koniec opowieści o swoich pasjach pani Zosia znów powraca do kwiatów. Ale tym razem nie tych z ogródka, tylko wykonanych przez nią z bibuły. O tym, jak jest biegła w tej sztuce mogli się przekonać uczestnicy szkolnych uroczystości w Ostrożance, czy weselni goście. Kwiaty pani Zofii posłużyły jako dekoracje przy okazji tych wydarzeń. Zdobiły także kościół w lokalnej parafii. Bibułkarstwa nauczyła ją mama. Pani Zofia wspomina, że w czasach jej dzieciństwa to było bardzo popularne zajęcie. Kobiety masowo wykonywały bibułkowe kwiaty np. do wiązanek kładzionych na groby. Teraz, gdy na rynku pojawiło się mnóstwo sztucznych odpowiedników, już mało kto podtrzymuje to dawne zajęcie. Do tej pory pani Zofia nie wychodziła ze swoimi wyrobami dalej niż poza obręb swojej wsi.
- Miałam jedną małą wystawę w szkole i podarowałam kilka prac do izby ludowej. Teraz jednak zastanawiam się nad pokazaniu ich w innych gminach przy okazji festynów. Dotychczas jakoś nie miałam na to ochoty, ale w końcu pomyślałam czemu nie, po co te rzeczy mają tylko leżeć w domu. Może ktoś będzie się chciał nauczyć tej sztuki, zwłaszcza młodzież? Niech moje hobby znajdzie odbicie w kimś innym. Bo moje 3 wnuczki, choć nauczyłam je szydełkowania, niezbyt się do tego garną. Ale zobaczymy, może to się zmieni w przyszłości? Ja też nie od razu pokochałam szydełko - mówi utalentowana seniorka. Iwona Bryła
W Nowej Słupi
Zapłonęły znów dymarki

Rekordową liczbę uczestników odnotowano na tegorocznych, już 44., Dymarkach Świętokrzyskich. Pogoda w weekend, 21 i 22 sierpnia dopisała, organizatorzy zapewnili wiele atrakcji, więc tłumów turystów należało się spodziewać. I tak rzeczywiście było. Bo drugiej takiej imprezy archeologicznej w plenerze pewnie w kraju nie ma. Mówił o tym kielecki archeolog Szymon Orzechowski, który komentował wytopy żelaza. Dymarki '2010 uroczyście otworzył gospodarz gminy, wójt Nowej Słupi Wiesław Gałka podkreślając, iż to największe wojewódzkie święto regionalne mecenatem objął Urząd Marszałkowski na czele z marszałkiem Adamem Jarubasem, a honorowo patronowali Dymarkom wojewoda świętokrzyski Bożentyna Pałka-Koruba oraz starosta kielecki Zenon Janus. I długo witał gości, którzy tym razem licznie przybyli na imprezę, m.in. świętokrzyskich parlamentarzystów, przedstawicieli władz województwa, świętokrzyskich gmin i miast, radnych, sołtysów, przedsiębiorców, przedstawicieli kultury, strażaków. Szczególne słowa skierował do ambasadora zaprzyjaźnionego państwa Republiki Węgierskiej, Roberta Kissa i dziękował sponsorom Dymarek. 44. Dymarki Świętokrzyskie przyciągnęły liczne rzesze turystów i twórców z całego kraju. Podziwiano wytop żelaza sprzed tysięcy lat, walki barbarzyńców, pokazy konne oraz sztuki wojennej żołnierzy rzymskich. Na całej trasie swoje kramy rozstawili ludowi artyści. Każdy mógł więc zaopatrzyć się w atrakcyjną, niepowtarzalną pamiątkę. Wieczorem natomiast wspaniale bawiono się na koncertach zespołów "De Mono" i "Oddziału Zamkniętego", a na finał imprezy podziwiano pokaz sztucznych ogni. (ska)



