Jesteś w: Gazeta Starachowicka  /   W numerze
W kioskach  /  kliknij w miniaturkę ›

W kioskach

Wirtualne Starachowice  /  kliknij na miniaturkę ›
Witrualne  Starachowice
Pomóż Marysi  /  kliknij na miniaturkę ›

Pierwszaki

 

Zdjęcia ze Starachowic  /  kliknij na miniaturkę ›
zaba

W numerze

Poprawiali matury

Abiturienci dostali drugą szansę

Zdecydowana większość ze 109 uczniów starachowickich szkół średnich, którzy w maju nie zdali jednego egzaminu maturalnego, przystąpiła do sesji poprawkowej. Wyniki dostaną za dwa tygodnie. Poprawka odbyła się w dwóch terminach. Egzamin ustny uczniowie zaliczali na nowo w dniach od 19 do 25 sierpnia, a maturę pisemną 23 sierpnia. W starachowickich szkołach średnich z tej możliwości skorzystali niemal wszyscy uprawnieni. Tylko nieliczni odpuścili sobie szansę otrzymania w tym roku świadectwa dojrzałości. W I Liceum Ogólnokształcącym do sesji poprawkowej podeszła cała grupa, czyli 9 osób. Tak samo było w Zespole Szkół Zawodowych nr 2, gdzie maturę drugiej szansy zdawało 23 uczniów i w ZSZ nr 3, gdzie poprawiała się jedna osoba. W II LO z 5 uprawnionych na maturę przyszły 4, w III LO 20 z 22, a w ZSZ nr 1 47 z 49. Abiturienci poczekają na wyniki 2 tygodnie. Okręgowa Komisja Egzaminacyjna w Łodzi prześle je do szkół 13 września br. (iwo)

Ale grzyb!!!

Pan Ireneusz Gacek wybrał się w minioną (28 sierpnia) sobotę do lasu w rejonie Wykusu. I cóż tam znalazł? Prawdziwka olbrzyma, jego kapelusz miał aż 33 cm średnicy!!! I szybciutko podzielił się tą wiadomością z GAZETĄ, przesyłając również fotkę. Dziękujemy.

(esk)

 

 

Wizyta delegacji z Vechty

Artystyczne powitanie

Przebywającego na zaproszenie Andrzeja Matyni starostę powiatu Vechta. Alberta Focke z małżonką witali również nasi młodzi artyści. W miniony piątek goście spotkali się z władzami naszego powiatu i obejrzeli wspaniały koncert, przygotowany przez starachowickie animatorki kultury. Wystąpił chór "Portamento" prowadzony przez Bożenę Magdalenę Mrózek oraz tancerze Miejskiej Szkoły Tańca "MiM", jedynej takiej w Starachowicach, którą przed laty utworzyła i do dziś prowadzi Małgorzata Dziamka. Młodzi śpiewacy i tancerze odnoszą sukcesy na scenach całego kraju. Teraz mogli ich podziwiać niemieccy goście. (esk)

Do hali lub pod chmurkę

Bazarek na Targowej

Wielkimi krokami zbliża się likwidacja starachowickiego "manhattanu". Zgodnie z zapowiedziami władz miasta, z chwilą rozpoczęcia działalności Galerii "Skałka", zostanie on zamknięty .Większość sprzedających tu osób znajdzie swe lokum w nowo wybudowanej hali, natomiast pozostali z początkiem września mają przenieść się na ulicę Targową. Tam, jak poinformowali nas kupcy, powstanie mały bazarek, dostępny dla kupujących przez większość tygodnia. O tym, jak długo będzie otwarty, zdecydują zapewne sami mieszkańcy, którzy będą tu robić zakupy. Bo z pewnością znajdzie się wiele osób, chcących odwiedzać sprawdzone budki.

- Jeśli będzie tylko taka potrzeba i znajdzie się rozsądna liczba kupców, plac może być czynny dłużej niż zwykle, nawet przez sześć dni w tygodniu - powiedział GAZECIE Paweł Żmudziński, naczelnik Wydziału Rozwoju Miasta. Spółka KomPUR zadeklarowała, że jest w stanie podjąć się tego zadania. (An)

Coś dla kolekcjonerów

Cysterskie złoto

Turyści, odwiedzający Opactwo Cystersów w Wąchocku, oprócz niezapomnianych wrażeń z odwiedzanych miejsc, mogą zabrać do domu prawdziwe złote monety. Tę wyjątkową pamiątkę, można zdobyć przemierzając szlak "Złote Świętokrzyskie" tworzony w ramach projektu "Złota Polska", na którym znalazła się także polska stolica humoru. Partnerem i patronem honorowym tego przedsięwzięcia jest marszałek Adam Jarubas. Projekt ma na celu promowanie dziedzictwa narodowego naszego kraju - jego historii, kultury, pięknej przyrody i różnorodnych krajobrazów. Zrealizowano go w kilkudziesięciu miejscach w Polsce o niezaprzeczalnych walorach kulturowych lub krajobrazowych m.in. w Małopolsce, na Pomorzu i Śląsku. Stworzono również Szlak Złotych Zamków i Pałaców, na mapie którego znalazły się: sandomierski Zamek, "Krzyżtopór" w Ujeździe oraz pałac w Kurozwękach.

Opracowany specjalnie dla Świętokrzyskiego szlak prowadzi przez: Zamek Krzyżtopór w Ujeździe, Święty Krzyż, Sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej w Kałkowie, Wąchock, Jędrzejów z Muzeum Zegarów, Opatów, Pustelnię Złotego Lasu w Rytwianach, Muzeum im. Orła Białego w Skarżysku, "Krzemionki", Kurozwęki i Jura Park w Bałtowie do królewskiego miasta Sandomierza. Każde z tych miejsc akcentuje swoje największe walory, co w przypadku Wąchocka oznacza Opactwo Ojców Cystersów. Od kilku tygodni można tam nabyć złoty medal cysterski, który stanowi znakomitą pamiątkę z tego niezwykłego miejsca. Moneta kosztuje 6 zł, co nie powinno stanowić dużego wydatku. Jest to kolejny produkt na rynku, promujący ten zabytkowy obiekt. Swoją szatę graficzną zmieniła niedawno również strona internetowa Ojców Cystersów, a wkrótce pojawią się także inne turystyczne atrakcje, zdradził nam ojciec Eugeniusz Augustyn, opat tego opactwa. (An)

Dwie sfery życia

Fotografia mu w duszy gra

Co łączy inżynierię materiałową z fotografią? Wbrew pozorom bardzo dużo. Obie te dyscypliny, łącznie z muzyką, ukształtowały młodego wąchockiego fotografa - Michała Piętaka, którego prace od kilku tygodni można oglądać w Starachowickim Centrum Kultury. Są one częścią nowatorskiego projektu "Jazz nad Kamienną". Jest to wspólne przedsięwzięcie artystyczne trzech, współpracujących ze sobą ośrodków kultury z tzw. "Trójmiasta nad Kamienną": Miejskiego Centrum Kultury w Skarżysku, Ostrowcu Świętokrzyskim, a także Starachowickiego Centrum Kultury. Wzięli w nim udział pasjonaci fotografii zrzeszeni w sekcjach i klubach działających przy wspomnianych ośrodkach, a także niezrzeszeni miłośnicy tej dziedziny sztuki. Jednym z takich wolnych strzelców jest Michał Piętek z Wąchocka. Fotografowanie stało się jego pasją, a od niedawna także sposobem na życie. Dziś już nawet nie bardzo pamięta, kiedy i w jakich okolicznościach zaczęła się jego przygoda z aparatem.

- W pewnym momencie poczułem, że chcę fotografować, wziąłem do ręki aparat taty i tak już zostało - wspomina. Ale pierwszą "miłością" jego życia była muzyka.

- Nie chodziło o żaden konkretny kierunek czy styl. Myślę, że było to wynikiem umysłu otwartego na wszelkie, otaczające mnie bodźce. Fascynowało mnie tworzenie różnorodnych dźwięków i wsłuchiwanie się w różne brzmienia - wspomina Michał. Dlaczego sięgnął po aparat?

- Fotografia wypełniła bardziej namacalną sferę mojego życia. A muzyka była sferą bardziej duchową. Wierzę jednak, że nasze istnienie jako ludzi wiąże się nierozerwalnie z dwiema sferami - duchową i cielesną - dodaje. - Obie sfery kształtowały moje postrzeganie świata i rozwijały mnie samego. Stąd też pomysł, aby moją firmę nazwać "DWIE SFERY". Taki jest również adres mojej strony internetowej www.dwiefery.pl do odwiedzenia, której gorąco zachęcam. Strona jest ciągle rozbudowywana, ale nawet teraz można zobaczyć tam wiele z jego prac. Zdecydowanie różnią się od tych, które wykonał, gdy po raz pierwszy wziął do ręki aparat, ale zarówno jednym i drugim trudno odmówić uroku.

Świat w kadrze

- Zacząłem fotografować wszystko, co mnie otacza - mówi Michał. - Wtedy jeszcze nie miałem skonkretyzowanych upodobań. Myślę, że większość osób od tego zaczyna. Dostrzega się coś, co fascynuje, a potem próbuje się to w jakiś sposób utrwalić. Efekty bywały różne...

- Trudno mi je teraz oceniać - mówi. - Wtedy oczywiście wydawało mi się, że wszystko jest super. Dopiero z czasem przyszła refleksja, że coś można było zrobić lepiej, a jeśli nie lepiej, to przynajmniej inaczej. Ale widzimy to dopiero później, nabywając odpowiedniej wprawy. Nawet teraz Michał lubi sobie robić małe wycieczki do swoich początków, kiedy umysł był jeszcze bardziej otwarty i chłonny na wszystko, co go otacza.

- Na początku drogi spojrzenie jest zawsze świeższe. Dlatego warto wrócić czasem do dawnych zdjęć - uważa Michał. - Spróbować spojrzeć na to z dystansem. Dziś o wiele większą wagę przywiązuje do strony technicznej, która kiedyś była dla niego mniej istotna.

- Wystarczyło, że coś mnie zafascynowało, a sprawą drugorzędną było jak to utrwalić - przyznaje. - Teraz patrzę na to trochę inaczej. Chcąc sfotografować coś w określony sposób, zwłaszcza w przypadku fotografii na zlecenie, wiem, że potrzeba do tego odpowiednich narzędzi, umiejętności, doświadczenia, odpowiedniego oświetlenia, czasami po prostu dobrego samopoczucia.

- Ale gdy wpadnę w wir fotografowania reportażowego, wracam do tego "niemyślenia" o szczegółach technicznych. Dzięki doświadczeniu mogę sobie na to pozwolić. Wtedy skupiam się tylko na rejestrowaniu tego, co dzieje się w danej chwili. Właśnie szeroko pojęty reportaż sprawia mu największą frajdę.

Inżynier fotograf

Większość swej wiedzy nabył na studiach, które - co ciekawe - z fotografią za wiele wspólnego nie miały. Ale choć uczył się na inżyniera materiałowego, to w efekcie został fotografem.

- Nawet coś, co pozornie nie jest związane z naszymi upodobaniami, w jakiś sposób kształtuje naszą osobowość oraz spojrzenie na różne rzeczy. A to z kolei przekłada się na to, jak fotografujemy - uważa Michał. - Nawet w inżynierii materiałowej wykorzystuje się fotografię do badań struktur metali. Czasem powstają przepiękne wzory, dziwne graficzne układanki, tekstury. Niektóre przypominają szron na szybie albo iglaste gałązki. Jednak większość swoich umiejętności nabył dzięki swojemu współlokatorowi ze studiów, który również interesował się fotografią i który zabrał go na zajęcia pracowni fotograficznej "FOTUM" do Wojnicza pod Tarnowem.

- Jemu i tym wszystkim ludziom, których tam poznałem wiele zawdzięczam - przyznaje. - Co roku organizowaliśmy wspólne wystawy, na których prezentowaliśmy swoje prace, dyskutowaliśmy o nich, wymienialiśmy poglądy. To był wspaniały czas. Najlepsze co mnie na studiach spotkało i miało największy wpływ na to, czym się teraz zajmuję. Mimo że po powrocie ze studiów, nie uczęszczam już na zajęcia, to zostałem zaproszony na kolejną wystawę pracowni "FOTUM" związaną z dziesięcioleciem istnienia, która odbędzie się jesienią. Po powrocie ze studiów brakowało mu tych dyskusji o fotografii.

- Zacząłem więcej udzielać się na forum związanym z fotografią - pentax.org.pl, na którym byłem moderatorem, co zaowocowało organizacją przeze mnie ogólnopolskiego zlotu fotograficznego w Górach Świętokrzyskich. Mimo że obecnie fotografuję głównie sprzętem innego producenta, to wciąż podtrzymuję kontakt z osobami, których tam poznałem. Wśród nich jest wielu wspaniałych artystów, a od takich ludzi można się wiele nauczyć. Warto podglądać ich prace, słuchać ich doświadczeń i co o fotografii mają do powiedzenia. Wciąż jeżdżę na zloty i spotkania organizowane przez to forum.

Aparat sam zdjęć nie robi, ale...

- Z pewnością pozwala na większą swobodę - przyznaje Michał. - Często powtarza się, że to nie sprzęt robi zdjęcia tylko fotograf, ale dobry sprzęt pozwala skupić się na pracy bez konieczności myślenia, czy sprzęt podoła. Jest to szczególnie ważne w tych rodzajach fotografii, którymi sam się zajmuję, tzn. w fotografii okolicznościowej, reportażowej, zdjęciach koncertowych, czyli wszędzie tam, gdzie są trudne warunki oświetleniowe. Preferuję zdjęcia w świetle zastanym - nie korzystam z lampy błyskowej, dzięki czemu są one bardziej naturalne. Z jednej strony sam sobie utrudniam zadanie, ale z drugiej - wolę ten tryb pracy, a efekty są tego warte. Właśnie w takich ekstremalnych sytuacjach najlepszy sprzęt, jaki posiadam, ułatwia prace.

- Nie ma dla mnie znaczenia jakiej aparat jest firmy. Dla mnie najważniejsze są cechy konkretnego modelu, które sprawiają ,że wybieram ten, a nie inny sprzęt - tłumaczy. - Oprócz fotografii cyfrowej, nadal prywatnie zajmuję się fotografią analogową. Wciąż jeszcze mam ciemnię w domu i zdarza mi się od czasu do czasu wywoływać zdjęcia i samodzielnie przygotowywać odbitki. Mimo że fotografia cyfrowa stwarza coraz większe możliwości, Michał ostrożnie korzysta z jej dobrodziejstw i możliwości, jakie niesie obróbka cyfrowa.

- Choć jeśli dany projekt, dane zdjęcie na tym skorzysta, nie trwonię od tego - przyznaje. - Niektórzy fotograficzni ortodoksi wyznają zasadę: żadnej manipulacji, żadnej ingerencji w zdjęcie. Na drugim biegunie są ci, których zdjęcia bardziej przypominają obrazy. Ja wyznaję zasadę, że wszystko zależy od konkretnego projektu, a niekiedy od pojedynczego zdjęcia. Dla mnie liczy się efekt końcowy bez względu na to, jak go nazwiemy. Oczywiście w fotografii komercyjnej ważne jest to, czego oczekuje klient, ale w większości wypadków wykonuję swoją pracę najlepiej jak potrafię bez względu na to, czy robię zdjęcia tylko dla siebie, czy dla kogoś. Jeśli wykonuję zdjęcia reportażowe, okolicznościowe, dokumentacyjne - jak najmniej ingeruję w sfotografowaną rzeczywistość. Część z jego prac można było oglądać w Starachowickim Centrum Kultury, gdzie wspólnie z innymi fotografami promowały projekt "Jazz nad Kamienną". 20 sierpnia wystawa została zaprezentowana w Skarżysku. I pewnie wkrótce doczekamy się kolejnych, bo trudno odmówić mu talentu. Innym początkującym artystom radzi, aby skupili się raczej na rozwoju własnej osobowości, niż tylko samym robieniu zdjęć.

- Zbieranie fotograficznych doświadczeń jest oczywiście bardzo ważne, ale oprócz fotografowania słuchajcie różnorodnej muzyki, czytajcie książki, oglądajcie różne zdjęcia, odwiedzajcie przeróżne wystawy, nawet te, które was nie interesują - przekonuje. - Dzięki temu zyskacie szersze spojrzenie na życie. A reszta to sprawa indywidualna. Moją drogą była nauka przez fotografowanie, ale każdy powinien odnaleźć własną ścieżkę. (An)

Ulica Kornatka dostała 70 tys. zł na plan

Iskierka nadziei, czy ułudy?

Mieszkańcy i PiS cieszyli się z przegłosowania pieniędzy na wykonanie studium pozwalającego nakreślić plan budowy Kornatki. Lewica i radni z klubu Porozumienie Samorządowe uważali, że nie ma z czego, bo w tym roku miasto nie da już rady wydać tych pieniędzy. A następna ekipa rządząca może plany poprzedników wyrzucić do kosza. Pierwsza walka o pieniądze na projekt przebiegu Kornatki rozegrała się na majowej sesji Rady Miejskiej w Starachowicach. Na wniosek radnej Lidii Dziury z PiS zabezpieczono przy zadaniu 20 tys. zł. Prezydent, jego zastępca i część radnych opozycji przestrzegali wtedy, że to za mało. I jak się okazało w miniony piątek mieli rację. Na sesji, z udziałem przedstawicieli mieszkańców Kornatki, pojawiła się uchwała zwiększająca tę kwotę o 50 tys. zł. Jak uzasadniano, była ona konieczna do ponownego przeprowadzenia przetargu. Pierwszy nie powiódł się właśnie z powodu niedofinansowania; najtańsza oferta znacznie przewyższała to, czym dysponowało miasto (wykonawca zaproponował 65 tys. zł). Konieczność dołożenia pieniędzy wywołała długą dyskusję radnych na temat rozsądnego gospodarowania środkami publicznymi.

- Na komisji finansów rady gminy naczelnik udzielił nam odpowiedzi, że i tak w tym roku nie zdołamy wydać pieniędzy na Kornatkę. Więc, czy tylko chcemy zyskać przychylność wyborców, czy rzeczywiście zrealizować to zadanie? Czy będziemy robić pseudo kroki i w rezultacie oszukiwać ludzi? Proponuję przerwę w obradach i przygotowanie w tym czasie uchwały z przyjęciem konkretnego zobowiązania w sprawie Kornatki na 2011 rok - poradził Sylwester Kwiecień z SLD.

- Jeśli już państwo z Kornatki przyszli na sesję, to chcę uprzedzić, że to może potrwać dłużej i nie powinniśmy liczyć na 2011 rok. Przygotowanie koncepcji to około pół roku, a uzyskanie stosownych pozwoleń twa do 12 miesięcy. Tam są trudne sprawy własnościowe, trzeba się liczyć z koniecznością wykupu terenów od PKP - mówił wiceprezydent Tomasz Jarosław Capała.

- Co najmniej od 3 lat mieszkańcy Kornatki monitują do prezydenta, a jego służby nic nie zrobiły w tym zakresie. Jak szybko możemy ogłosić drugi przetarg na koncepcję budowy ulicy? - pytał Paweł Rdzanek z PiS.

- Trudno oczekiwać natychmiastowych działań. Referat Zamówień Publicznych przygotowuje w tej chwili 25 innych postępowań przetargowych - odpowiedział Paweł Żmudziński, naczelnik Wydziału Rozwoju Miasta.

- Panie Sylwku, musimy być ludźmi i pomóc mieszkańcom. Ja będę głosowała za przekazaniem pieniędzy na ulicę Kornatka - zwróciła się do S. Kwietnia radna Joanna Główka z PiS.

- Ale ze świadomością, że w tym roku nic z tego nie będzie - zripostował Kwiecień. Poparł go Grzegorz Walendzik przewodniczący klubu Porozumienie Samorządowe.

- Wprowadzamy fikcję do budżetu. My przygotujemy koncepcję, a nasi następcy odłożą ją na półkę. Przypominam, że to ostatnia kadencja tej rady, 12 listopada wygasają nam mandaty. Projekt budżetu na 2011 rok prezydent ma przedstawić w terminie do 15 listopada, a więc już bez naszego udziału. Wątpię, by umieścił w nim Kornatkę. Jeśli rzeczywiście chcemy realizacji tego zadania, musi być ono doprowadzone do końca. Dlatego wnioskuję umieszczenia ulicy w wieloletnim planie inwestycyjnym. Z takiego zadania nie można już tak łatwo zrezygnować. To daje realną szansę na wybudowanie drogi w przyszłości - tłumaczył. O przyjęcie uchwały z 70 tysiącami złotych zaapelowała obecna na sesji radna powiatowa Aulianna Wojtal.

- Ta kwota to pół promila budżetu miasta. Ten mały kroczek da mieszkańcom iskierkę nadziei. Nie mają gazu, kanalizacji, wodę doprowadzili własnym sumptem. Od 27 lat zabiegają o drogę. Wcale nie musi być robione całe 1,5 km, można też pociągnąć 750 metrów w stronę ulicy Wschodniej. Kornatka leży w granicach Starachowic. Chyba jej mieszkańcom też należy się korzystanie z odpowiednich praw - zaznaczyła radna.

- Jeśli to ma być ta iskierka, to bądźmy poważni i zróbmy tak, jak radzę. Nie umieszczajmy w tegorocznym budżecie czegoś, co prawdopodobnie nie będzie w tym roku robione - ostrzegał G. Walendzik. Do PiS te słowa nie trafiły.

- Nie odkładajmy tego, zróbmy dla ludzi choć przetarg na koncepcję - mówił P. Rdzanek.

- Jeśli droga ma się znaleźć w wieloletnim planie inwestycyjnym, powinniśmy znać podstawowe informacje: przebieg i przybliżony koszt. Te dane da nam projekt. Nic nie tracimy, bo taki dokument i tak kiedyś musi być zrobiony - wtórowała Lidia Dziura.

- Wycofuję swój wniosek, bo widzę, że racjonalne argumenty nie przemawiają. Jeśli chcecie fikcji, to proszę bardzo, ja się wstrzymuję od głosu - zaprotestował G. Walendzik. W głosowaniu radni odrzucili wniosek S. Kwietnia nad przygotowaniem uchwały w sprawie Kornatki dotyczącym 2011 roku i przyjęli ją w brzmieniu mówiącym o przeznaczeniu w tym roku 70 tys. zł na opracowanie projektu przebiegu ulicy. Delegacja z Kornatki przyjęła tę decyzję oklaskami.

- W związku z przegłosowaniem takiej uchwały proszę, by zapisano w protokole, że wnioskuję do prezydenta, by umieścił ją w wieloletnim planie inwestycyjnym stanowiącym załącznik do budżetu na 2011 rok - podsumował G. Walendzik. (iwo)

Nieubłagana likwidacja "Manhattanu"

Kupieckie przenosiny

Do końca sierpnia handlujący pod "skałkami" muszą zwinąć swoje budki. To ostatni termin, jaki daje im miasto. Władze chcą jak najszybciej oczyścić plac, bo na jego zagospodarowanie w teren rekreacyjny już został ogłoszony przetarg. W ubiegłym tygodniu miasto dostało pozwolenie na użytkowanie Galerii Skałka. Tym samym mogło zaprosić kupców do zasiedlania wynajmowanych przez nich boksów.

- Pozwolenie otrzymaliśmy 24 sierpnia br. - informował "Gazetę" w tym dniu Paweł Żmudziński, naczelnik Wydziału Rozwoju Miasta UM w Starachowicach.

- Rozpoczęliśmy wzywanie kupców do zajmowania wynajętych przez nich boksów handlowych w galerii - dodaje naczelnik. Początek działalności Skałki to jednoczesny koniec pobliskiego targowiska "Manhattan". Przez lata było to miejsce pracy dla drobnych sprzedawców przysłowiowego "mydła, szydła i powidła". Ostatnio zarabiało tam na życie około 100 osób. W czasach, gdy w Starachowicach nie było tylu supermarketów z promocyjnymi cenami, bazar przy Alei Armii Krajowej był odwiedzany równie często, co plac przy ulicy Targowej. Ratował ludzi z chudymi portfelami, ale miał jedną poważną wadę. Był po prostu brzydki. Wysłużone budki, spłowiałe parasole, a nawet sprzedaż prosto z ziemi przy jednej z najważniejszych ulic przyklejały ponad 50- tysięcznemu miastu łatę prowincjonalizmu. Decyzja o zamknięciu tego miejsca nie była jednak prosta. Pewnie ze względu na czynnik społeczny: władze bały się zabierać miejsca pracy sporej grupie ludzi. Kolejne ekipy rządzące omijały sprawę "Manhattanu". Na odwagę rozprawienia się z tandetną stroną miasta zdobył się dopiero prezydent Wojciech Bernatowicz. Jego decyzja, by obok targowiska wystawić galerię handlową za ponad 12 mln zł po to, by "manhattanowcy" mieli się gdzie przenieść, została jednak przyjęta z mieszanymi uczuciami. Zbytnią brawurę zarzucali prezydentowi głównie radni lewicy uważając, że wydawanie tylu pieniędzy dla jednej grupy społecznej, to ryzykowny interes. "Czy handlarzy jajkami będzie stać na płacenie za korzystanie z nowoczesnego obiektu" - powątpiewali. I przestrzegali, że galeria może świecić pustkami, a miasto, zamiast zarabiać na inwestycji, zostanie bez zysków za to z koniecznością spłaty kredytu zaciągniętego na budowę. Katastroficzny wariant jak wiadomo się nie sprawdził, bo niemal całość ze 104 boksów (czyli 94) została wydzierżawiona. Jednak prawdą jest też, że nie wszystkie wynajęli "manhattanowcy" (zdecydowało się na to 45 osób), choć miasto przy ustalaniu liczby stoisk kierowało się danymi o liczbie osób od dawna handlujących "pod skałkami". Szansę miał więc każdy z nich. A że nie wszyscy z niej skorzystali, niszę zapełnili pozostali kupcy ze Starachowic oraz z innych miast w liczbie 49. Tym samym inwestycja, która miała być prezentem miasta dla bardzo konkretnej grupy kupców, posłuży też innym przedstawicielom tej branży. Ale w tym akurat nie ma nic nagannego. Jeśli tylko najemcy nie zrezygnują z działalności i będą regularnie zasilać miejską kasę opłatami, to nie jest istotne kim są. Odkąd Galeria Skałka wystrzeliła w górę, stając się nowym elementem krajobrazu alei Armii Krajowej, na pobliskim "Manhattanie" zaczęły się przeprowadzki. Zgodnie z uchwałą Rady Miejskiej w Starachowicach dzień otwarcia galerii jest bowiem końcem handlu bazarowego. Po uzyskaniu przez miasto pozwolenia na użytkowanie obiektu proces opuszczania bazaru przyspieszył. Dzierżawcy mogli się wreszcie przenieść do swoich boksów, a pozostali ewentualnie na plac przy ulicy Targowej, który teraz stanie się centrum prowizorycznego handlu w naszym mieście. Sprzedającym zostało już niewiele czasu na przenosiny.

- Prezydent określił 31 sierpnia br. jako ostatni dzień funkcjonowania "Manhattanu". To termin nieprzekraczalny - podkreśla naczelnik Żmudziński. Miasto chce jak najszybciej dysponować wolnym placem, bo prezydent marzy, by jeszcze w tym roku zabudować go infrastrukturą wypoczynkową. "Pod skałkami" planowana jest m.in. scena plenerowa z miejscami siedzącymi, fontanna, skate park, siłownia, plac zabaw, altanka. A to wszystko w otoczeniu nowych chodników, schodów, lamp, ławek i zieleni ozdobnej. Postawienie tego wszystkiego do, jak zakłada gmina, końca listopada będzie trudne ze względu na rozległość terenu ciągnącego się od fontanny po galerię. Prezydent nie chce jednak czekać do przyszłego roku, bo wtedy, po wyborach, już kto inny może być gospodarzem Starachowic. Dlatego przetarg na wykonawcę zagospodarowania targowiska już został ogłoszony.

- Rozstrzygnięcie nastąpi 8 września br. - informuje P. Żmudziński. (iwo)

Czas na zgłoszenie

Łatwiej dobrze poinformowanym

Sąd Arbitrażowy przy ETIKG w Ostrowcu Świętokrzyskim organizuje 1 października 2010 r. Regionalną Konferencję, której tematem będzie "Arbitraż & mediacja w działalności gospodarczej: taktyka, wyzwania, obrona interesów firm".Konferencja obejmować będzie swoim zakresem trzy panele poświęcone sporom wynikłym na tle kontraktów budowlanych, transportowych oraz arbitrażu w prawie spółdzielczym. Prelegenci przedstawią wiele zagadnień dotyczących postępowań arbitrażowych oraz kwestię wykorzystywania arbitrażu w relacjach gospodarczych wśród przedsiębiorców, prawników oraz obywateli. Są to zagadnienie niezwykle przydatne w pracy miejskich i gminnych organów samorządu terytorialnego, właścicieli przedsiębiorstw, radców prawnych, adwokatów, doradców podatkowych, księgowych, doradców biznesowych. Patronat na konferencją objęli: marszałek województwa świętokrzyskiego, prezydenci Ostrowca Świętokrzyskiego i Starachowic i starosta ostrowiecki.

- Chcielibyśmy, by podczas tego spotkania uczestnicy pogłębiali zarówno wiedzę teoretyczną dotyczącą tematu konferencji, jak i tą związaną z rozwiązywaniem różnego rodzaju aspektów prawnych. Warto pamiętać, iż każde spotkanie ze specjalistami danej branży może być korzystnym "bonusem" - wszak doinformowali żyją lepiej. Zachęcamy do wzięcia udziału w konferencji mając nadzieję, że spełni ona oczekiwania uczestników i organizatorów biorących udział w tym jakże ważnym spotkaniu informacyjno-naukowym - mówią organizatorzy i zapraszają do udziału.. Konferencja obradować będzie 1 października br. w godz. od 8.00- 17.00 w Centrum Biurowo- Konferencyjnym, Inkubator Przedsiębiorczości przy ul. Sandomierskiej 26 w Ostrowcu Świętokrzyskim. Zgłoszenia przyjmowane są do 15 września 2010 r. drogą elektroniczną na email:sekretariat@sadarbitrazowy.com. Szczegółowe informacje pod numerem telefonu 41- 277-11-13. Formularz zgłoszeniowy znajduje się na stronie: www.sadarbitrazowy.com -" strona główna, a potwierdzenie rejestracji uczestnictwa zostanie przesłane zainteresowanym pocztą elektroniczną.

Chcą zlikwidować wszystkie kursy

Lipie odcięte od Starachowic

Prawdopodobnie od października mieszkańcy Lipia stracą możliwość dojazdu do Starachowic. MZK chce zdjąć wszystkie kursy linii 26. Mniejsze zainteresowanie ze strony pasażerów wymusiło na kierownictwie MZK rychłą likwidację nierentownego kursu, jakim jest linia 26. We wrześniu będzie jeszcze "po staremu", ale od października Miejski Zakład Komunikacyjny planuje całkowite ich zawieszenie. Powód jest prosty. Nie przynoszą zysku.

- Musimy dzisiaj patrzeć na koszty - tłumaczy prezes MZK Jarosław Kateusz. - Gdy wchodziliśmy na linię w 2009 roku, to umawialiśmy się z wójtem na dopłaty. Nie dostaliśmy ich. Koszt utrzymania linii 26, to 10 tys. zł. miesięcznie. Więcej niż 30 osób tym autobusem nie jeździ. I często w drugą stronę wraca on całkiem pusty. Mamy z tego 3 tys. zł. A gdzie reszta? To wójt ponosi pełną odpowiedzialność za komunikacje na swoim terenie. Były już dwa spotkania, rozmawialiśmy, ale bez skutku. Mamy się jeszcze spotkać - powiedział GAZECIE Jarosław Kateusz, prezes MZK. A co na to wójt?

- Sytuacja szykuje się nieciekawa... Będziemy dalej prowadzić rozmowy - skomentował Andrzej Przygoda, wójt gminy Brody. (J)

Mimochodem

Minimum wrażliwości

Jak to czasami bywa, stałam się mimowolną powierniczką rozterek duchowych, związanych z podjęciem poważnej decyzji dotyczącej zdrowia, pewnej przypadkowo napotkanej seniorki. Plus minus osiemdziesiąt lat to, jakkolwiek patrzeć, jesień życia i szacunek się należy. Nie dlatego jednak uważnie wysłuchałam zwierzeń, bo poruszyłaby mnie i opowieść nastolatki, gdyby skarżyła się na niedomaganie organizmu. Wszak zdrowie równa się życie. Czyli być albo nie być na tym świecie. Lepiej być. Przynajmniej przez jakiś czas, żeby w nim zasmakować. Chwila bez jakichkolwiek dolegliwości na łonie przyrody, choćby w Starachowicach, we własnym ogródku, na łące z widokiem na Góry Świętokrzyskie, jest dla mnie bezcenna. Pewnie dla wielu mi podobnych też. Na pewno zaś dla spotkanej seniorki, która perturbacje zdrowotne chciałaby już mieć za sobą. Tyle że - jak mi opowiedziała - służba zdrowia akurat jej nie była zbyt przychylna. Należę do osób mających w sobie wręcz pokłady empatii. Z tego względu nie pisałabym się nigdy na siostrę miłosierdzia, tym bardziej na lekarza. Chorowałabym z każdym pacjentem i z nim umierała. Innymi słowy, poddanych Eskulapa powinna cechować wrażliwość, ale nie do przesady. Cackanie się z chorym nawet jemu nie zawsze wychodzi na dobre. Bo zanika w nim chęć walki o siebie samego. Tyle że niekiedy pracownikom służby zdrowia brakuje i owego minimum wrażliwości. Seniorka, która ostatnio stanęła na mojej drodze, głośno zastanawiała się, co ma zrobić, gdyż lekarz, do którego się udała, jednoznacznie jej nie odpowiedział na to pytanie. I miała doń żal. Wszak chodzi o operację czy zabieg, któremu powinna, bądź nie się poddać. Moim zdaniem słusznie zauważyła, że osobom starszym w takich sytuacjach należą się szczególne względy. Ich możliwości percepcyjne również mają swoje lata. Ja powiedziałabym inaczej: choroba to dezorientacja, więc pomoc fachowca musi wykraczać poza - jak w przypadku uszkodzenia auta - rutynową naprawę czy próbę usunięcia awarii. Rzeczowa informacja to jedno, rokowania - drugie, a zwykła ludzka rozmowa - trzecie. Czyli odrobina wrażliwości, której seniorce podczas wizyty w gabinecie lekarskim zabrakło. Poddałam się niedawno badaniom w laboratorium analitycznym. Prywatnie. Odebrałam wyniki z komentarzem: ogólnie w normie, ale poziom jednego z minerałów zastraszająco wysoki! Kiedy spytałam, na co wskazuje, usłyszałam: proszę iść do lekarza. Po co zatem było siać niepokój? Cóż, trafiłam na mało wrażliwą laborantkę. Bliska mi osoba z kolei otrzymała wynik mammografii bez komentarza. Tyle że dla laika zamieszczona tam informacja wyglądała niebywale groźnie. Personel gabinetu opisu badania interpretować nie chciał. Odesłał do lekarza. A wizyta została wyznaczona na następny dzień. Łatwo policzyć, ile to było godzin zdenerwowania. Zupełnie niepotrzebnie, bo w określonym wieku ponoć zaobserwowane zmiany są czymś normalnym. W jednym, drugim i trzecim przypadku wystarczyłaby odrobina serca okazana pacjentowi. Seniorka zadowoliłaby się radą, jak ma postąpić w związku z postawioną diagnozą. Przydałby się jej też skrótowy opis przebiegu leczenia choroby. Tymczasem lekarz pozwolił jej odejść w stanie szoku. Ja mogłabym się obejść bez zwrócenia mi uwagi na nie mieszczący się w normie poziom witaminy w organizmie. Tu akurat umiar w ocenie sytuacji był wskazany. Jeśli zaś laborantka chciała błysnąć kompetencją zawodową, mogła to uczynić wyjaśniając przyczyny takiego stanu rzeczy. Z optymistycznego punktu widzenia. Podobnej postawy życzyłaby sobie bliska mi osoba, odwiedzająca kielecką onkologię. Ale może wszystkie trzy: seniorka, ja i kuzynka mamy zbyt wygórowane oczekiwania wobec lokalnej służby zdrowia? /ewa/

Na innych

"Przegląd" nr 30

"Czy NBP słusznie ostrzega przed drugim dnem kryzysu" - wspólnie z Bronisławem Tumiłowiczem, autorem "Pytania tygodnia", zastanawiają się: prof. Andrzej Kaźmierczak z SGH - "Mechanizm może być bardzo prosty. Agencje ratingowe podadzą kolejne notowania i obniżą poziom atrakcyjności naszych obligacji skarbowych, staną się więc one mniej poszukiwane na rynku papierów wartościowych. Aby inwestorzy nie uciekali z Polski, trzeba będzie jeszcze bardziej podnieść ich oprocentowanie, aby ze sprzedaży tych obligacji finansować wydatki budżetu, a ponieważ będziemy za nie otrzymywać mniej pieniędzy, trudności zaczną narastać. A co się stanie, gdy w ogóle nie będzie chętnych na kupno obligacji?"; Witold Gintowt - Dziewałtowski, poseł SLD - "Zwracanie uwagi na niebezpieczeństwa, jakie mogą się zdarzyć, jest uzasadnione, jednak nie należy wpadać w przesadną panikę. Obraz gospodarki nie jest najgorszy, a odpowiedzialność za problemy budżetu spada na rządzących. To oni muszą znaleźć sposób naprawy"; Krystyna Skowrońska, posłanka PO - "Pokazaliśmy, że w najtrudniejszym kryzysie, jaki objął gospodarkę światową od lat 30. ubiegłego wieku, obroniliśmy się. Także obecnie jest wystarczająca determinacja i odpowiedzialność, aby działaniami naprawczymi objąć wszystkie sektory i resorty"; dr Marcin Kowalczyk, z Uniwersytetu Warmińsko - Mazurskiego w Olsztynie - "Obecnie nasza gospodarka nie ma większych problemów. Stabilny wzrost PKB, niska inflacja oraz ustabilizowane bezrobocie nie wskazują na rychłe problemy gospodarcze. Muszę się jednak zgodzić z członkami Rady Polityki Pieniężnej, że dla Polski największym wyzwaniem pozostaje ograniczenie deficytu w sektorze finansów publicznych oraz zmniejszenie narastania długu publicznego /.../ Jeśli nie dokonamy niezbędnych reform finansów publicznych, możemy zostać w tyle za państwami ze strefy euro, zmuszonymi do działań naprawczych z powodu zapaści finansów publicznych"; prof. Andrzej Wernik, z Akademii Finansów - "Lepiej ostrzegać i brać pod uwagę niebezpieczeństwa, jakie mogą zaistnieć, niż być beztroskim i twierdzić, że wszystko będzie dobrze /.../ Wysoki dług publiczny nie jest tak groźny - czy wynosi 49 % PKB, czy 51 - jak to, że szybko rośnie /.../ Istotniejsze jest to, że trzeba go refinansować, brać nowe pożyczki na spłacanie starych, gdy tymczasem nie starcza na finansowanie bieżącego deficytu wydatków publicznych. Dług trzeba ograniczać, a zlikwidować deficyt".

"Magistra bez pracy", zdaniem Agaty Grabau, daleko szukać nie trzeba. Bezrobotnych z dyplomem przybywa bowiem dziś w Polsce szybciej niż innych. Dyplom przestał przekonywać pracodawców. Szefowie firm potrzebują, ale... rąk do pracy. Najbardziej poszukiwani są wykwalifikowani pracownicy fizyczni, m.in. elektrycy, cieśle, stolarze, murarze, hydraulicy czy spawacze. Brakuje także menedżerów projektów oraz szefów kuchni i kucharzy, którzy od dwóch lat są na liście dziesięciu najbardziej poszukiwanych zawodów w Polsce. W pośredniakach zaś rejestrują się głównie absolwenci popularnych kierunków: pedagogiki, politologii, marketingu i zarządzania, psychologii. Z roku na rok przybywa takich specjalistów, bo zainteresowanie akurat tymi studiami nie maleje. "Decyzje maturzystów o wyborze dalszego kształcenia kompletnie rozmijają się z oczekiwaniami rynku pracy". No i pojawiają się rozczarowanie, frustracja. Generalnie, w polskiej edukacji brakuje dobrego doradztwa zawodowego oferowanego uczniom jeszcze przed maturą. Trudno oczekiwać, że sytuacja zmieni się w kolejnych latach. Zresztą problemy z zatrudnieniem nie są specyfiką tylko polskiego rynku pracy. To dlatego Parlament Europejski przyjął rezolucję w sprawie wspierania dostępu młodzieży do rynków pracy, poprawy statusu osób odbywających staże i praktyki zawodowe. Zaapelował o lepsze wykorzystanie europejskich środków na projekty ukierunkowane na młodych ludzi. "Wskazano m.in. na konieczność rozwinięcia staży i praktyk oraz zachęcono do wspomagania współpracy biznesu i edukacji". Autorka zwraca uwagę na bardzo ważną sprawę. Może młodzi mają niewielki wpływ na to, co się dzieje na świecie, ale na własne wybory - tak. "Inwestowanie pieniędzy swoich i rodziców w pedagogiki, politologie i socjologie tylko dlatego, że to modne i że nie ma się lepszego pomysłu, z pewnością nie przyczyni się do poprawy sytuacji".

"Nie" nr 31

Polska na wniosek Komisji Europejskiej staje przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości w Luksemburgu za niewdrożenie antydyskryminacyjnych dyrektyw unijnych - informuje Andrzej Sikorski w "Najdroższej kobiecie Tuska". Zarzuca się nam, że pomimo wielokrotnych upomnień nie wprowadziliśmy przepisów chroniących pracowników ze względu na wiek, niepełnosprawność, orientację seksualną, wyznawaną religię oraz przekonania. Nie utworzyliśmy też urzędu, który zajmowałby się zwalczaniem dyskryminacji. A wszystko przez episkopat, przeciwny tego rodzaju decyzjom. Bo "koncepcja w zakresie równego traktowania może okazać się niebezpiecznym otwarciem podporządkowania Polski bliżej nieokreślonym naciskom". Takie stanowisko jednak drogo nas kosztuje. 260 tys. euro za każdy dzień zwłoki od 2004 r., kiedy to dyrektywy powinny być wprowadzone. Przestraszona sankcjami Elżbieta Radziszewska, pełnomocnik rządu do równego traktowania, zaproponowała projekt ustawy, która - zdaniem ekspertów - nadal szkodziłaby ludziom. W majestacie prawa. Zgodnie z nim niepełnosprawny nie dostałby się ani do teatru, ani na basen... Stąd wniosek organizacji pozarządowych o zdymisjonowanie E. Radziszewskiej. Nawet w Albanii i Kosowie, nie mówiąc o Litwie, Bułgarii, Rumunii i Serbii, unijne prawo antydyskryminacyjne obowiązuje już dawno. W tym momencie można zatęsknić za Kaczyńskim i Giertychem. Za ich czasów bowiem powstał przyzwoity projekt takiej ustawy, przygotowany przez Teresę Romer, sędziego Sądu Najwyższego w stanie spoczynku. Warto byłoby do niego wrócić.

Waldemar Kuchanny dobrał się do "Klechów Klicha". Polskie Siły Zbrojne liczą 100 tysięcy zawodowych żołnierzy. Z tego większość to szarże. Nieliczni szeregowi są kiepsko szkoleni, gdyż brakuje pieniędzy na poligony. Ale i tak minister zapowiada dalsze oszczędności. Na pierwszy ogień pójdzie likwidacja stołówek, później garnizonów i orkiestr. Nie mówi się tylko nic o wojskowych parafiach. Jest ich w MON 93, katolickie, jedna w Belgii przy NATO. Razem 150 kapelanów z wojskową pensją 5 do 7 tys. zł. Do tego "co łaska" za rozmaite intencje: śluby, pogrzeby itp. "Oprócz oficerskiej pensji kapelan otrzymuje pozostałe uprawnienia oficera służby czynnej: prawo do emerytury po 15 latach służby, zakwaterowanie, świadczenia socjalno - bytowe, a nawet ordynansa". Jeśli rzeczywiście MON zlikwiduje garnizony, a jest ich 126, będziemy mieli więcej parafii wojskowych niż jednostek wojskowych. Resortowi to nie przeszkadza. Zasłania się konkordatem. Tylko władze kościelne mogą likwidować parafie. Ministerstwo powinno w takim razie przekazać te wojskowe miejscowym biskupom i przestać płacić oficerskie pensje proboszczom i wikarym nie mówiąc o rachunkach za gaz i energię w tych kościołach - uważa autor.

"Wprost" nr 34

W Polsce jest za drogo. W porównaniu z mieszkańcami Chin i Stanów przepłacamy za elektronikę, usługi bankowe, samochody, nawet bilety do kina - zaobserwował Tomasz Molga, autor tekstu "Polska za droga".
Choć zarabiamy coraz lepiej, na życie wydajemy więcej niż inni Europejczycy. Zastanawiające, że polskie produkty są droższe w Polsce niż za granicą. "Produkowany w Tychach Fiat Panda po przyjeździe do Londynu automatycznie tanieje o 281 euro, w salonie Fiata na Węgrzech jest tańszy o 1055 euro, a w Kopenhadze - o 541 euro". Coś takiego jest nie do pomyślenia gdzie indziej. W Szwecji volvo jest najtańsze w Europie. Czesi też nie przepłacają za skodę. "Koncerny motoryzacyjne, windując u nas w nieuzasadniony sposób ceny, piłują gałąź, na której siedzą. Gdyby nie ich pazerność, nie powstawałyby na polskim rynku firmy zajmujące się handlem nowymi autami poza oficjalną siecią dilerską. A istnieje takich firm już kilkadziesiąt". Drożyzna w branży motoryzacyjnej to nic wobec drogich usług bankowych. Tańsze rachunki i inne usługi finansowe mają m.in. Bułgarzy, Holendrzy, Belgowie czy Portugalczycy. Wysokie ceny usług bankowych eksperci uzasadniają niedostateczną liczbą klientów banków. Bo połowa Polaków wciąż nie założyła konta. A że świat dotknął kryzys, trzeba było zwiększyć jakoś dochodowość. Banki spadek wpływów zrekompensowały sobie zwiększając wysokość prowizji. "Z opłat i prowizji wpłynęło do banków w ciągu ostatnich dwóch lat około 13 mld zł. Dziesięć lat temu było to zaledwie 3,8 mld zł". Nawet wizyta w salonie fryzjerskim jest droższa. Średnio kosztuje 80 zł, podczas gdy we Włoszech - 63 zł. Przeciętnie zarabiający nowojorczyk może chodzić do restauracji codziennie i nie odczuje tego tak jak Kowalski. Przepłacamy za autostrady, bo.... ich jeszcze nie wybudowano. Wyliczono, że statystyczna polska rodzina wydaje czwartą część pensji na jedzenie. Wydatki na czynsz, energię, wodę itp. stanowią 22 proc. domowego budżetu. "Przy polskiej drożyźnie oznacza to, że jeszcze przez wiele lat przyjdzie nam zdobywać praktyczne doświadczenia w stosowaniu zasady, iż pilnowanie pieniędzy jest bardziej kłopotliwe niż ich zdobycie.

Polska traci szansę na wyedukowane i otwarte społeczeństwo. Książki bowiem będą - po wprowadzeniu 7 - proc. stawki VAT - jeszcze droższe - donosi Iga Nyc w "Czytać, by rozumieć". Do tej pory obowiązywała zerowa stawka, ale nie ma silnych, by do tego przekonać Unię Europejską. Wzrost cen uderzy przede wszystkim w rodziców dzieci w wieku szkolnym. Za podręczniki przyjdzie zapłacić kilkadziesiąt złotych więcej. Już teraz rentowność wydawania książek jest niska; nie każdy wydawca będzie w stanie pokryć różnicę z własnej kieszeni, więc spadnie to na czytelnika. Wprowadzenie VAT - u zagrozi istnieniu wielu małych wydawnictw i księgarni, które i obecnie nie wytrzymują konkurencji. Na rynku ostaną się tylko duzi gracze. Zastanawiające jest to, że w innych krajach VAT na książki jest niższy. Ministerstwo Finansów nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, skąd się u nas wzięło owe 7 proc. od 2011 r. Mało, zaszkodzi ta stawka demokracji i zahamuje nasz rozwój cywilizacyjny. "Rola książki jest cywilizacyjnie fundamentalna, bo to podstawowe źródło zdobywania pogłębionej wiedzy. Dlatego jeśli cena wiedzy jest coraz wyższa, to jednocześnie kompetencje umysłowe naszego społeczeństwa stają się mniejsze, a co za tym idzie, rozwój cywilizacyjno - gospodarczy spowalnia /.../". Naszych rodaków czeka zatem co najwyżej kariera na zmywaku w Londynie - obawia się autorka.

"Polityka" nr 34

"Korony pod ochroną" Joanna Podgórska rozmawiała z Krzysztofem Worobcem, prezesem Stowarzyszenia Sadyba, walczącego z wycinką przydrożnych alei i ogławianiem drzew. Od 2004 r. trwała batalia ratunkowa, która zaowocowała wreszcie stosownymi zapisami prawnymi. Dotąd bowiem konserwator przyrody nie musiał wyrażać zgody na trzebienie przyrody. Drogowcy więc składali do lokalnych władz stosowne wnioski i otrzymywali pozwolenie na wycinanie drzew. Twierdzili, że drzewa stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa ruchu. Tak zniknęły w zastraszającym tempie przepiękne mazurskie aleje starych drzew. Prace przy ustawie się przeciągały, gdyż dwukrotnie rozwiązywał się sejm, już, już mający się zająć sprawą. Dopiero za trzecim razem przywrócono kontrolę regionalnego dyrektora ochrony środowiska nad wycinką. "Konieczne są także oględziny w terenie, czy drzewo nie należy do gatunku chronionego/.../ Teraz będzie można jedynie usuwać gałęzie obumarłe, wchodzące w kolizję z budynkami czy urządzeniami technicznymi, albo utrzymywać formowany kształt korony, a nie ciąć do gołego pnia/.../". Niepowetowana strata dla niszczycielskich firm. Zarabiały na zleceniach i na opałowym drewnie. Obecnie trzeba jeszcze zawalczyć o obowiązek cechowania wycinanych drzew. Dokładnie nie wiadomo dziś, gdzie zniknęły drzewa. Tymczasem skala ubytków jest ogromna. Np. między Kętrzynem i Bartoszycami wycięto 4 tys. drzew i nikt nie wie (?), co się z nimi stało. A że to korupcjogenne, pomysłowi przyklasnął resort środowiska.

Nadchodzi "Czas katastrof" ostrzega Przemysław Berg. Niezaprzeczalnym faktem jest ocieplenie klimatu. Następstwem tego będą przede wszystkim burze i tzw. opady nawalne, czego już kilka razy doświadczyła Polska w br. Niestety, takie zjawiska trudno klimatologom przewidzieć. Nawałnice mogą wystąpić nagle i w każdym miejscu. Trzeba liczyć się ze wzrostem dynamiki takich zdarzeń atmosferycznych. Na tornada nie ma rady, ponieważ właśnie są nieprzewidywalne. Zresztą podobnie jak fale upałów. I te będą w Europie Środkowej oraz Północnej coraz częstsze. Słychać nawet, że do końca tego wieku południowa połowa Hiszpanii i południowe wybrzeże Francji staną się podobne do Sahary. Polsce też grozi przesuszanie terenu. Co zatem robić? Żeby zminimalizować skutki powodzi i trąb powietrznych należy zmienić inżynierię budowlaną. Podwyższanie wałów przeciwpowodziowych nie ma sensu. Trzeba budować domy inaczej. "Muszą być one przede wszystkim wzmocnione przy fundamentach, z najniższą kondygnacją sytuowaną znacznie wyżej. Piwnice domu zostaną wprawdzie zalane, ale nic więcej, i przez to straty ograniczy się do minimum". Dodatkowo ściany w podpiwniczeniu można malować farbami odpornymi na wodę, dzięki czemu nie dojdzie do powstania grzyba. Poza tym domy powinny być zwarte, przysadziste, najlepiej parterowe, o silnych i nie rozczłonkowanych dachach. Żeby ich nie zabrała wichura. "W tornadach najwięcej strat wywołują duże elementy porwane przez wiatr, które lecąc uderzają w zabudowania, drzewa czy linie energetyczne". W upały ulgę przynosi klimatyzacja, lecz jest zbyt droga i bardzo energochłonna. Przyczynia się zarazem do wzmożonej emisji ciepła. Zwłaszcza w dużych miastach. Lepszym rozwiązaniem będą domy, w których działa wymuszona wentylacja z odzyskiem. Tańsza i wytwarzająca mniej ciepła. Konieczne są zmiany w infrastrukturze: nowe systemy kanalizacyjne i drenażowe zatrzymujące wodę. Woda powinna być skarbem, jak w Skandynawii chociażby, gdzie wodę deszczową np. wykorzystuje się do celów sanitarnych i gospodarczych. Polska za tymi nowinkami wlecze się w tyle. Nie uciekniemy przed tym, co nas czeka, pora więc na zmiany psychologii zbiorowej! - apeluje autor.

"Polska Głos Wielkopolski" nr 190

Jesienią ubiegłego roku ujawniono w Polsce zapasy 200 ton sproszkowanego mięsa w puszkach sprzed ponad 30 lat. Produkt rozprowadzała po kraju krakowska firma. W wyniku medialnej wrzawy główny lekarz weterynarii wydał decyzję o natychmiastowej utylizacji mięsa. Niemniej jednak poddano go drobiazgowym badaniom. I okazało się, że ... produkt wcale nie był szkodliwy. Stacje sanepidu, niezależnie od siebie stwierdziły, że mięso odpowiadało wszystkim parametrom jakości zdrowotnej. Ba, nie zanieczyszczone i nadawało się do spożycia. Tyle, że 9 ton zniszczono. Ucierpiała na tym zwłaszcza wielkopolska firma zaopatrująca w żywność jednostki wojskowe. Teraz walczy z problemami finansowymi. Nie dość że jej właściciel stracił na kupnie produktu ponad 100 tys. zł, to jeszcze musi zapłacić za utylizację. Przed tym się broni, więc sprawa trafi do sądu. Argumenty są przekonujące. "Puszki, które kupiliśmy, miały datę produkcji z 1991 roku. I miały ważną datę spożycia. Dlaczego więc mamy płacić za to, że lekarz weterynarii, nie mając jeszcze wyników badań, powiedział przed kamerami, że lepiej będzie, jeśli mięsa zostanie zutylizowane?" - pyta właściciel firmy Paulinę Jęczmiankę, autorkę tekstu "27 - letnie mięso ze Szwecji było ... jadalne".

"Gazeta Współczesna" nr 157

Agnieszka Domka - Rybka dowiedziała się o "Tysiącach SMS - ów od wróżki". Przestrzega przed pochopnym nawiązywaniem kontaktu z tego rodzaju osobami, choćby działały pod patronatem ogólnopolskich mediów. Uczula, by telewidzowie dobrze się zastanowili, zanim wyślą SMS. Pewnie że można zgłaszać przypadki późniejszego bombardowania lawiną SMS - ów na policji. "Być może jest to wykroczenie niepokojenia, które podlega karze grzywny do 1,5 tys. zł". Ale najpierw trzeba wysłać oficjalne pismo do instytucji, która taką wróżkę wzięła pod swoje skrzydła. Później też sprawa nie jest prosta. Nikt nie chce się tłumaczyć organom ścigania. "Ezoteryczny biznes wart jest miliardy/.../ Polacy wydają rocznie 2 mld zł na takie usługi. Część pieniędzy wpada do kieszeni wróżek. Dużo zarabiają również takie firmy, jak m.in. MINI Premium. Należy ona do giełdowego MINI, to telefoniczne i SMS - owe porady wróżek. Korzysta nich 3 mln osób. Każda z nich płaci średnio za jedną poradę 22 - 25 zł". Choć interes budzi kontrowersje, wciąż program - telewizyjny z wróżkami jest jednym z najchętniej oglądanych kanałów polskojęzycznych. wybrała /ewa/

Zbiór fraszek starachowiczanina już do kupienia

Naśladowca Kochanowskiego

Józef Kowalski były wieloletni prezes Towarzystwa Przyjaciół Starachowic i ceniony przez czytelników literat wydał swoją najnowszą książkę. To zbiór pod tytułem "Na skraju raju" zawierający głównie fraszki, większość publikowane było w GAZECIE. Autor od młodości próbował swoich sił w tym gatunku, którego najwybitniejszym przedstawicielem w literaturze polskiej jest Jan Kochanowski. Książka, która właśnie ukazała się w starachowickich księgarniach, zawiera także inne rodzaje krótkich wierszyków: limeryki i epitafia oraz dłuższe formy poetyckie.

- Starałem się wnikać w problemy zwykłego człowieka balansującego bezradnie między trwogą, a nadzieją. Ale starałem się też pokazać, jak bliscy jesteśmy naszego szczęścia, gdyby zapanowała jedność, poszanowanie drugiego człowieka i dorobku naszych ojców - charakteryzuje swoją książkę autor. Warto sprawdzić na ile mu się to udało. Zapraszamy do księgarń. (iwo)

Nasz telefon

Gdzie ta niższa prowizja?

- Zaraz po otrzymaniu bieżących i przyszłych rachunków za energię elektryczną pobiegłam do pobliskiej placówki Banku Pekao S.A., którą usługodawca też wymienił na fakturach, jako przyjazną w pobieraniu opłat za ich realizację. Pomyślałem, że 1,50 jest rzeczywiście korzystną prowizją, dlaczego więc trochę nie zaoszczędzić? Jakież było moje zdziwienie, kiedy usłyszałem, że, owszem, mogę zostać obsłużony, ale za prawie 5 - krotność tej kwoty. I nie było w tym absolutnie złej woli pań w kasach. Wytłumaczyły mi, co poparły stosownymi zapisami porozumienia między bankiem a skarżyskim RBOK - iem, że niższe opłaty są stosowane wyłącznie w wybranych placówkach. Starachowice takiej umowy nie zawarły. Przestrzegam więc starachowiczan, którzy - podobnie jak ja - chcieliby skorzystać z zachęty zakładu energetycznego, by opłacać rachunki w tej firmie, bo mogą się srodze zawieść. Na szczęście mieszkam na "Majówce" obok banku, toteż się nie nachodziłem. Na szczęście poszedłem do "Monetii", bo tę placówkę wymieniono, jako zdecydowanie tańszą. I faktycznie tak jest - mówi starachowiczanin.

Barierka przy skrótach

- Trzeba było barierki, żeby zatamować ruch przez trawnik obok śmietnika przy głównej poczcie. Kiedy wznoszono nową, chyba według unijnych standardów, altanę, zwracałam uwagę na ten kawałek zieleni. Tamtędy prowadzi idealny skrót od ulicy Słonecznej na pocztę właśnie, więc siłą rzeczy aż się chciało zeń korzystać. Nie bacząc na fakt, że dokładnie wydeptuje się trawę. Początkowo reakcji nie było. Później jednak pojawiały się jak nie sznurki to linki, spełniające rolę swoistej barierki. Cóż jednak znaczy kawałek wstążki dla zdeterminowanego, pełnego animuszu, przechodnia... W parę chwil po jej zamocowaniu, znów powiewała przerwana, smętnie, na wietrze. Teraz przeszkoda, w postaci barierki, jest nie do pokonania i teren może się uchowa w zamierzonym kształcie. Dlatego apel do zmieniających oblicze miasta, by przewidywali takie sytuacje i w momencie przebudowy osiedli od razu sadzili żywopłoty lub stawiali estetyczne metalowe konstrukcje, bo szanowanie zieleni nie leży w naturze starachowiczan - uważa czytelniczka. /ewa/

Ciągle rozmawiają

Nic nowego w sprawie "Eskulapa"

Pierwsze po wakacyjnej przerwie spotkanie przedstawicieli Stowarzyszenia "Eskulap", prowadzącego przychodnię przy ulicy Kilińskiego, z właścicielem budynku - zarządem powiatu, na temat korzystania z nieruchomości, nie zakończyło się niczym konkretnym. Przypomnijmy: Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej "Eskulap" stanął w czerwcu br. przed groźbą zakończenia działalności w dotychczasowym miejscu. Starostwo zarzuciło stowarzyszeniu o tej samej nazwie potajemne podnajmowanie pomieszczeń innym podmiotom. Dalszym krokiem było wypowiedzenie umowy i wezwanie do opuszczenia obiektu na ulicy Kilińskiego. W obronę przychodni zaangażowali się pacjenci i radni miejscy i do przymusowej eksmisji w końcu nie doszło. Powiat zezwolił "Eskulapowi" na prowadzenie lecznicy bez umowy i bezterminowo. Jednocześnie między stronami zaczęły się rozmowy na temat wyboru prawnej formy korzystania z budynku, a także okresu, który doprowadził do konfliktu. Wiele ich nie było, bo zaraz zaczęły się wakacje i spotkania, ze względu na czas urlopów, odłożono do sierpnia. Pierwszy raz po przerwie powiat i "Eskulap" usiedli przy stole rozmów 27 sierpnia.

- Będziemy rozmawiać o dokumentach przedstawionych nam przez Stowarzyszenie. Mamy zastrzeżenia, ponieważ ich treść niewiele nam mówi - informował przed spotkaniem wicestarosta Andrzej Sendecki. Po jego zakończeniu niewiele miał do dodania.

- Nie ustaliliśmy niczego przełomowego. Rozstaliśmy się z tym, że "Eskulap" ma się zastanowić nad formą dalszego korzystania z budynku na Kilińskiego. Daliśmy mu do wyboru dzierżawę, lub nabycie nieruchomości. Przedstawiciele "Eskulapa" poprosili nas o przedstawienie własnego punktu widzenia. Dadzą nam znać, kiedy będą gotowi do następnego spotkania - powiedział A. Sendecki. Powiat z kolei dawał niedawno do zrozumienia, że będzie chciał rozliczyć stowarzyszenie z okresu, gdy miało podnajemców. Innymi słowy "Eskulap" miałby zwrócić starostwu pieniądze zarobione na czynszu pobieranym od innych podmiotów.

- Skorzystamy z tego prawa, jeśli będziemy mieli dokumenty, które nas do tego uprawnią. Nie chodzi nam jednak o rozprawy sądowe, tylko o polubowne załatwienie sprawy - podkreślił wicestarosta. (iwo)

Przetarg bez ofert

"Pałacyk" nie sprzedany

Nieruchomość przy ulicy Konstytucji 3 Maja wystawiona na sprzedaż przez urząd miejski nie znalazła nabywcy. Działkę ze stojącym na niej zabytkowym przedwojennym budynkiem, nazywanym popularnie "pałacykiem", miasto usiłuje sprzedać od roku. Bezskutecznie. Niby zainteresowani dzwonią, biorą specyfikację przetargową, ale w decydującym momencie nie zgłasza się nikt. Tak było i tym razem. Przetarg z 23 sierpnia unieważniono z braku chętnych na "pałacyk".

- Żadna oferta nie wpłynęła, choć było 2 potencjalnych zainteresowanych. Teraz prezydent podejmie decyzję co dalej: kolejny przetarg, czy inne rozwiązanie - mówi Agnieszka Gołda, naczelnik Wydziału Nieruchomości, Architektury i Planowania Przestrzennego. Zgodnie z prawem termin kolejnego przetargu mógłby się odbyć najszybciej na przełomie listopada i grudnia. (iwo)

Powiat nie wyda na nie ani grosza

Paliwowe rondo

Kolejne niewielkie rondo, u zbiegu ulicy Iłżeckiej i Bocznej, powstanie najprawdopodobniej w Starachowicach. Tym razem inwestorem nie byłby powiat, czy miasto, a jedynie firma, która chce tam wybudować stację paliw. Na razie nie wiadomo, o jaki koncern chodzi. Mówi się o BP lub Shellu. Póki co, przedstawiciele inwestora zwrócili się do Zarządu Dróg Powiatowych o warunki wjazdu oraz wyjazdu z terenu przeznaczonego pod inwestycję.

- Ponieważ znajduje się on w obrębie skrzyżowania ulicy Iłżeckiej z Długą, nie ma innej możliwości zapewnienia bezpiecznego wjazdu i wyjazdu, jak przebudowa tego skrzyżowania na rondo. Każde inne rozwiązanie powodowałyby dodatkowe zagrożenie dla ruchu drogowego - uważa Leszek Śmigas, dyrektor ZDP w Starachowicach. - Firma to zaakceptowała. W tej chwili trwają prace dotyczące uzyskania decyzji, a także innych uzgodnień, jak również prace projektowe. Po uzyskaniu i zatwierdzeniu projektu, firma przystąpi do jego realizacji. Na razie nie wiadomo, kto stoi za tą inwestycją. Mówi się o BP lub Shellu. Oprócz paliw, ma się tam podobno znaleźć stacja obsługi, a także myjnia. Jak długo potrwają prace?

- Trudno powiedzieć, bo to nie my jesteśmy inwestorem - mówi dyrektor Śmigas. - Jeżeli będzie to rzeczywiście tak duży potentat, jak jeden z wymienionych koncernów, nie powinno potrać to dłużej niż 2 - 3 miesiące od momentu uzyskania stosownych pozwoleń. (An)

Nie tylko w sezonie

Pracy przybywa

Ofert ci u nas dostatek - można rzec po obejrzeniu strony internetowej Powiatowego Urzędu Pracy w Starachowicach. I choć nie zaspokajają one wszystkich potrzeb, to bezrobotni nie powinni narzekać, bo propozycji z każdym miesiącem przybywa. Tylko w lipcu pracę znalazło 409 mieszkańców naszego powiatu. Wygląda na to, że wreszcie coś drgnęło na rynku pracy w naszym powiecie. Coraz więcej pracodawców rozgląda się za nowymi pracownikami, czego dowodzi długa lista ofert w starachowickim "pośredniaku". Wiele z nich adresowanych jest do specjalistów w sferze budowlanej, tj. murarz, glazurnik, technolog robót wykończeniowych, cieśla czy stolarz, co tylko potwierdza, że rynek budowlany kwitnie. Zresztą nie tylko on. Po chwilowej zapaści zaczyna odradzać się również transport. Sporym zainteresowaniem cieszą się wszystkie zawody związane z branżą samochodową. Wiele propozycji skierowanych jest do kierowców, mechaników, a także lakierników Rozwija się także branża gastronomiczna. Poszukiwani są kucharze, kelnerzy oraz barmani. Regularnie pojawiają się oferty w sektorze handlowym, dla sprzedawców i ekspedientów. A do tego inne charakterystyczne dla rynku w Starachowicach, jak tokarz czy spawacz, a więc związane z obróbką metali. Od czasu do czasu trafiają się także propozycje dla sekretarek, fryzjerek, czy przedstawicieli handlowych, co dodaje tylko kolorytu całości. I choć kilkadziesiąt ofert pracy, w zderzeniu z kilkoma tysiącami bezrobotnych, wciąż nie wygląda najlepiej, to jest o wiele lepiej niż kilka miesięcy temu.

- Trzeba pamiętać, że oferty znajdujące się na naszych stronach nie są jedynymi, jakie funkcjonują na rynku pracy - mówi Jarosław Nowak, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Starachowicach. - Wielu pracodawców nie chce się afiszować, umieszczając oferty pracy w urzędzie lub w gazecie. Wolą na własną rękę znaleźć odpowiedniego pracownika. Są również firmy, które posiadają własne zasoby osób chętnych do pracy. W przypadku pojawienia się jakiegoś wakatu, sięgają do nich. Ale i bez nich, paleta propozycji oferowanych przez "pośredniak" od kilku miesięcy jest coraz bogatsza. Niemała w tym rola pośredników, którzy są w stałym kontakcie z przedsiębiorcami i zachęcają ich do skorzystania z subsydiowanych form wsparcia.

- I to się sprawdza - uważa dyrektor. - Przekłada się bowiem na liczbę ofert, jakie "lądują" w naszym urzędzie. A te z kolei wpływają korzystnie na spadek bezrobocia w naszym powiecie, które od pięciu miesięcy regularnie maleje. Tylko w lipcu liczba osób pozostających bez pracy zmniejszyła się tu o 115. Zatrudnienie podjęło w tym czasie aż 409 mieszkańców, w tym 152 kobiety. Zdaniem J. Nowaka, jest to pozytywny przejaw wychodzenia z kryzysu, a także recesji gospodarczej, która ogarnęła nasz kraj.

- Masę osób angażujemy także do staży u lokalnych przedsiębiorców, co wpływa na poprawę ich sytuacji na rynku pracy - mówi dyrektor PUP. - Choć z drugiej strony "psuje" również rynek, szczególnie dla osób, które nie mogą skorzystać z subsydiowanych form wsparcia. Weźmy na przykład kobietę po 30., która nie kwalifikuje się już na prace interwencyjne, ani na staż. Jest ekspedientką z doświadczeniem, ale możliwość podjęcia pracy blokują jej młodzi stażyści, którzy stoją za ladą większości sklepów, a gdy skończy się im umowa zastępuje je coraz młodszy narybek. Dlatego kobieta, mimo że z doświadczeniem, pracy znaleźć nie może. Ale dla młodych ludzi jest to doskonała szansa na zaistnienie. Tyle tylko, że większość środków, którymi dysponował urząd, została już wykorzystana.

- Skończyły się nam pieniądze na dotacje i refundacje - mówi J. Nowak. - W tej chwili podpisujemy tylko umowy, które stanowią pokłosie wcześniejszych. Jesteśmy też na finiszu rozdysponowania kwot, przeznaczonych na staże. Mamy jeszcze środki na szkolenia dla osób bezrobotnych, prace interwencyjne, ale biorąc pod uwagę to, że korzysta z nich niewielka liczba osób, nie ma się czym zachłystywać - przyznaje dyrektor. Pomóc miałyby środki z rezerwy ministra, o które wystąpił starachowicki "pośredniak", ale niewiadomo, czy uda się je zdobyć.

- Sporządziliśmy dwa wnioski - mówi dyrektor. - Jeden z nich opiewa na ok. 2 mln 178 tys. zł i dotyczy małej i średniej przedsiębiorczości, a więc dotacji dla osób bezrobotnych zamierzających podjąć działalność gospodarczą oraz dla pracodawców, którzy na bazie refundacji kosztów wyposażenia lub doposażenia stanowiska pracy, zamierzają stworzyć miejsca pracy. Drugi, nieco mniejszy, bo na ponad 614 tys. zł, powstał z myślą o stażystach. Na razie trudno wyrokować o ich przyszłości.

- Wszystko będzie zależało od tego, jak ministerstwo podejdzie do naszych wniosków - uważa Nowak. - 20 sierpnia upłynął termin składania dokumentów. Lada moment zostanie wdrożona procedura konkursowa. Oba projekty będą konkurować z innymi, zgłoszonymi przez wszystkie powiaty w kraju. Wiele będzie zależało od tego, jak wypadniemy na tle innych, na ile nasz pomysł okaże się dobry, a także ile środków przeznaczy ministerstwo. W zeszłym roku skonsumowaliśmy aż sześć projektów z rezerwy ministra. Ale ten rok jest inny. Ze względu na powódź, kwoty, którymi dysponuje resort, nie są okazałe, żeby nie powiedzieć mizerne. Miejmy nadzieję, że naszym urzędnikom uda się z nich coś uszczknąć. (An)

Kolejne zmiany w starachowickim PZOZ

Reorganizacja w szpitalu

Nie trzy, jak do tej pory, a już tylko dwie interny, będą funkcjonowały w starachowickiej lecznicy. Rada Powiatu zgodziła się na połączenie oddziałów wewnętrznych - II i III, w jeden o profilu gastrologicznym, liczącym ponad 50 łóżek. Na pozostałych dyrekcja zamierza rozszerzyć chirurgię urazowo - ortopedyczną. Planuje również uruchomienie urologii i otolaryngologii jednego dnia. Zmiany, choć wprowadzone zaledwie w czwartek, nie są niczym nowym, gdyż przebąkiwano o nich od kilku miesięcy. Za likwidacją jednej z trzech intern przemawiały względy ekonomiczne, niewielkie obłożenie łóżek, a także braki kadrowe. Od maja nie przyjmowała ona pacjentów, a jej ordynator złożył rezygnację. Połączenie oddziału z wewnętrznym III miało - zdaniem dyrektor - pomóc w ograniczeniu kosztów funkcjonowania szpitala, a jednocześnie nie spowodować istotnego ograniczenia zakresu i dostępności udzielanych świadczeń zdrowotnych. Wniosek w sprawie zmian w strukturze lecznicy przyjęła Rada Społeczna szpitala. Ostateczna decyzja należała jednak do Rady Powiatu, dlatego to właśnie ona w czwartek pochyliła się nad tym tematem. Przy okazji dyskutowano także na temat nowych pomysłów dyrekcji dotyczących rozszerzenia usług medycznych w szpitalu. W związku z dużym zapotrzebowaniem ze strony mieszkańców, Jolanta Kręcka zaproponowała uruchomienie od przyszłego roku dwóch oddziałów chirurgii zabiegowej jednego dnia: otolaryngologicznego i urologicznego, by pacjenci nie musieli już jeździć do ościennych szpitali. Oddział laryngologiczny miałby funkcjonować w ramach oddziału chirurgicznego I, zaś na oddziale urologicznym wykonywane by były między innymi procedury rozbijania kamieni nerkowych oraz wszystkie zabiegi dotyczące gruczołu krokowego. Szpital posiada bowiem odpowiednią liczbę specjalistów, a także niezbędne wyposażenie. Wymagało to jednak zmian w statucie zakładu, a przy okazji można było uporządkować też i inne kwestie.

- Chodzi o zgodność kodów resortowych, które są warunkiem prawidłowego wypełnia kontraktów z NFZ - tłumaczyła podczas sesji. - Zbliżamy się do kontraktowania na kolejne trzy lata, dlatego należałoby uregulować kwestię oddziału chirurgii II, zarządzanej przez doktora Jamrego. Oddział ten powstał w trakcie obowiązywania kontraktu z 2007 roku. Musieliśmy się posługiwać jednym kodem resortowym. W tej chwili chcemy go zmienić, stworzyć oddzielny oddział chirurgii przewodu pokarmowego i ubiegać się o dwa różne kontrakty - na oddział chirurgii I dla powiatu starachowickiego, a także postarać się, by NFZ ogłosił konkurs na kontrakt dla chirurgii przewodu pokarmowego nie dla powiatu, a całego województwa, bo takie właśnie usługi świadczymy teraz - mówiła dyrektor. Nie kryła również, że sporo problemów może przysporzyć jej oddział rehabilitacji stacjonarnej, w ramach którego funkcjonują dziś wydzielone łóżka dla rehabilitacji neurologicznej. Zgodnie z ustawą koszykową, taka sytuacja nie będzie mogła mieć miejsca. By móc nadal leczyć pacjentów, szpital będzie musiał stworzyć oddzielny oddział rehabilitacji neurologicznej, co uwzględniono w nowym statucie. Na szczęście są i dobre wieści, o czym informowaliśmy niedawno. Od nowego roku, lecznica otrzyma kontrakt na sześć dodatkowych łóżek na oddziale medycyny paliatywnej, który specjalizuje się w uśmierzaniu bólu i pielęgnacji pacjentów najciężej chorych. Do tej pory Fundusz płacił lecznicy tylko za dziesięć łóżek. (An)

SOLIDARNOŚĆ

Ruch społeczny, czy związek zawodowy ?

W tym roku przypada 30. rocznica wielkiego zrywu społecznego, nazwanego NSZZ SOLIDARNOŚĆ. Dla wszystkich, którzy w tym ruchu brali udział (m.in. i ja), to wspomnienie oddechu wolności, poczucia, że razem możemy być silni, zjednoczeni w działaniu, chociaż byliśmy różni, mieliśmy różne przekonania i poglądy. Spoiwem było działanie na rzecz wolnej Polski. Nieważne były podziały, które ujawniły się dopiero wtedy, kiedy odzyskaliśmy niepodległość, w 1989. Wówczas, mając już wolność, mogliśmy wyrażać swoje poglądy, popierać tworzące się partie i uczestniczyć w życiu publicznym, zgodnie z naszą wolą. Dla młodych ludzi, pokolenia, które od urodzenia żyje w wolnej Polsce, to tylko historia i to niejednokrotnie dość odległa. Dla nas, to czas, który niedawno minął i zawsze będziemy pamiętać o wydarzeniach, które całkowicie zmieniły Polskę. Myślę, że źle się stało, iż nazwa powszechnego ruchu społecznego nie została zastrzeżona wyłącznie dla tej pierwszej SOLIDARNOŚCI. Związek zawodowy, który został reaktywowany po 1989 r., to już nie jest ta sama Solidarność sprzed stanu wojennego, to już nie ten NSZZ Solidarność. Przez te wszystkie lata udowodnił, że jest bliżej partii politycznej, niż związku, i to partii bardzo spolaryzowanej, o charakterze narodowo-katolickim. Szczególnie ostatnio, przed wyborami prezydenckimi, pokazał swoje partyjne oblicze, popierając jednego kandydata i jedną partię. Dlatego dziś, pamiętając tamtą SOLIDARNOŚĆ jako powszechny ruch społeczny, dążący do odzyskania niepodległości i skupiający ludzi o różnych przekonaniach uważam, że może nie jest jeszcze za późno, aby rozpocząć dyskusję nad zastrzeżeniem nazwy SOLIDARNOŚĆ tylko dla tamtego ruchu społecznego. Przypuszczam, że nie wszyscy uczestnicy tamtej Solidarności, będą podzielali mój pogląd, ale na tym polega demokracja, że ludzie mają możliwość wyrażania swojego zdania, rozpoczynania dyskusji o ważnych sprawach i podejmowania decyzji większością głosów. Tomasz Ofman

Chociaż drobnymi kroczkami, to ani chybi nieuchronnie zbliża się do nas jesień. Wprawdzie deszcz wisiał na przysłowiowym włosku i podmuchiwał chłodniejszy wiaterek, ale ostatni festyn osiedlowy na Skałce udał się nadspodziewanie dobrze.

"Skałka" pożegnała "Sportowe środy"

Pod względem liczby uczestników, była to najludniejsza tegoroczna impreza wakacyjna, zorganizowana przez Spółdzielczy Dom Kultury SSM. Podejrzewamy, że tylko wieloletnie doświadczenie w pracy z dziećmi i młodzieżą, pozwoliły Beacie Wiśniewskiej i Maciejowi Bidzińskiemu zapanować nad tłumem energicznych (jeszcze jak) dzieci. Najlepszym tego dowodem były pięcioosobowe drużyny piłkarskie. W "Teletubisiach" zagrali: Kacper Kotwica, Kacper Mazurek, Jakub Senderowski, Daniel Młodawski, Łukasz Kiepas, "Bez nazwy" tworzyli: Kuba Markowski, Tomasz Żak, Cezary Walkiewicz, Emil Latała i Maciej Kołodziej, a "Bałamuty" to: Damian Gorycki, Marek Adamus, Damian Przygoda, Kacper Stachucy i Krzysztof Gałęza.

Turniej wygrała ekipa "Bałamutów", zdobywcy tytułu mistrza osiedla, rozgramiając w finałowym meczu "Teletubisiów" 12:0. Faktem jest, iż górowali nad rywalami pod każdym względem, dlatego za wolę walki, słowa uznania należą się także dzielnym przegranym. Po raz pierwszy na tronie króla strzelców musiało się zmieścić aż dwóch monarchów kopanej, którzy zdobyli po cztery turniejowe bramki: Kacper Mazurek (mecz z "Teletubisiami") i Damian Przygoda strzelający głównie z asysty Damiana Goryckiego. Tasiemcowa kolejka oznaczała następną atrakcję, którą były rzuty lotkami. Tutaj chęci wyraźnie rozmijały się z możliwościami. Do finału dobrnęło więc tylko dziewięciu zawodników, z których najlepszymi byli: Marek Adamus (34), Daniel Róg (33) i Paulina Gregorczyk (31). Całkiem poprawnie radziły sobie dziewczęta w strącaniu kręgli. Otóż najlepszą Olę Ziółek i trzecią Izę Pater rozdzielił tylko Kuba Krawczyk.

Dużo lepiej, żeby nie powiedzieć bardzo dobrze, poszło dziewczętom w ich koronnej dyscyplinie, jaką jest hula-hop. Czy to na bioderkach, czy pod kolankami, najlepiej kręciły - Klaudia Zieja, Dominika Dzioba i Paulina Gregorczyk. Już bez nagród, dla samej satysfakcji i chęci zademonstrowania swojej sprawności, odbył się konkurs skoków przez osiedlową skakankę. W mistrzowskim założeniu, przez sznur ma jednocześnie przeskakiwać pięć osób - w "skałkowym" wydaniu udało się to zaledwie trzem zawodnikom, przy czym składy drużyn były mieszane. Także mieszane były grupy zawodników w pchnięciu kulą i dlatego musiały być klasyfikowane osobno. Jeżeli najsilniejsze dziewczęta pchały kulę na odległość nieco większą od trzech metrów, to chłopcy rzadko schodzili poniżej siódemki. Tak oto najlepszymi wśród dziewcząt były: (dwa równorzędne wyniki) Daria Loranty i Weronika Rusin, drugie miejsce Kinga Rusin i trzecie zaszczytne Ola Gregorczyk.

Czołówka chłopców to: Kacper Stachucy (8), Krzysztof Soboński (7,7) oraz Patryk Perchel (7,4). Dla maluchów odbył się konkurs rzutów piłką do kosza ... na bieliznę. Tutaj dzielnie spisał się mały jeszcze, ale o dużych ambicjach sportowych, Filip Rygiel. Jak każde środowe spotkanie, również i to ostatnie zakończyło przeciąganie liny, którą trzy razy wygrały dziewczęta wraz z pomocnymi zawsze mamusiami i babciami (a co!). Warto wspomnieć, że do sprawności przeprowadzenia imprezy oraz wzorowo przygotowanego placu zabaw, starań przyłożył liczny skład Rady Osiedla "Skałka": Teresa Mechocka, Marianna Stefankiewicz, Zofia Piasek, Marek Gorzkowski i Karol Adamiak, a także sympatyzująca organizatorom Katarzyna Trześniewska - ogromne podziękowania. M.O.

Osiedlowy parking za blisko bloku

Spaliny zatruwają życie

- To jest brak szacunku właścicieli aut dla mieszkańców. Parkują je tyłem do naszych okien, a my codziennie musimy wdychać spaliny. Nie można temu jakoś zaradzić? - pyta mieszkanka budynku przy ul. Żeromskiego 5.

- Nowy, osiedlowy parking zrobiono stanowczo za blisko bloku. Gdy samochód zaparkuje tyłem do budynku, nie da się otworzyć okien. Mieszkając na parterze trudno jest to wytrzymać. Wielokrotne prośby do parkujących nie przynoszą większych efektów. Nadal zdarzają się tacy, którzy na złość parkują tyłem do naszych mieszkań -żali się GAZECIE starachowiczanka.

- Rozumiem, że parkingi są potrzebne, ale tu chodzi o zwykłą ludzką przyzwoitość. Nie mogą parkować inaczej? - pyta czytelniczka. Problem mogłaby rozwiązać tabliczka informująca o zakazie parkowania tyłem do budynku. Co na to zarządca tego bloku?

- Muszę zapoznać się ze sprawą i problem przedstawię zarządowi wspólnoty. Jeżeli wyrażą zgodę, to umieścimy taką tabliczkę - powiedziała GAZECIE Maria Sławek, zarządca nieruchomości przy ul. Żeromskiego 5. (J)

Powszechna opinia, to żaden dowód

Sprawa pewnego konkursu

Starachowiczanin bezskutecznie starał się o pracę w nowej pływalni. Nie dostał jej, bo, jak twierdzi, ubiegła go kandydatka mająca tzw. znajomości.

- Chciałbym poruszyć temat, który dla niemal wszystkich starachowiczan jest "oczywistą oczywistością", czyli protekcji przy zatrudnianiu w miejskich jednostkach. Mam 32 lata. Od niemal roku jestem osobą bezrobotną, obecnie bez prawa do zasiłku. W tym czasie intensywnie poszukiwałem pracy na terenie Starachowic, która odpowiadałaby mojemu wykształceniu i doświadczeniu zawodowemu. Nadmienię, że w międzyczasie starałem się jak najlepiej wykorzystać okres bezrobocia. W związku z tym ukończyłem miesięczne szkolenie organizowane przez PUP w Starachowicach na temat "Pozyskiwania środków Unii Europejskiej". Moja ostatnia próba dotyczyła podjęcia zatrudnienia w nowo otwartej Krytej Pływalni podlegającej pod Urząd Miejski w Starachowicach. Na stronach BIP UM na początku lipca br. ukazało się ogłoszenie o naborze na stanowisko referenta. W związku z tym, że planowałem w tym czasie wyjazd, postanowiłem nie aplikować na to stanowisko. Po powrocie z wakacji wszedłem na stronę BIP-u i znalazłem ogłoszenie o wynikach stwierdzające, że konkurs nie został rozstrzygnięty, gdyż żadna z osób nie uzyskała wymaganej ilości punktów na teście. Kilka dni później ukazało się nowe ogłoszenie o naborze na wolne stanowisko urzędnicze w Referacie Obsługi Krytej Pływalni. Ściągnąłem na komputer oba ogłoszenia o naborze i stwierdziłem, że są one niemal identyczne poza kilkoma wyjątkami. Stanowisko referenta zastąpiono stanowiskiem urzędniczym, zwiększono minimum doświadczenia zawodowego z 2 do 5 lat oraz, i tu jest pies pogrzebany, zmieniono w wymaganiach koniecznych wykształcenie wyższe ekonomiczne na wykształcenie wyższe. Zawiozłem komplet dokumentów do UM i w wyznaczonym czasie stawiłem pod salą, w której miał być przeprowadzony test. Zdobyłem za niego 24 punkty przy minimum 20 punktach uprawniających do rozmowy kwalifikacyjnej. Wraz ze mną wymóg ten spełniły jeszcze trzy panie (jedna z nich, jak się później okazało zwycięzczyni konkursu, zdobyła również 24 pkt.). Podczas naszej miłej pogawędki w oczekiwaniu na rozmowę zapytałem, czy panie, podobnie jak ja, posiadają wykształcenie ekonomiczne. Okazało się, że dwie z nich po czterdziestce mają, a 30 - letnia brunetka go nie posiadała. Bez ogródek stwierdziłem patrząc jej prosto w oczy, że to ona dostanie tę posadę, gdyż w międzyczasie zmieniono wymagania dotyczące wykształcenie. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej dowiedziałem się, że wyniki naboru będą znane zaraz po zakończeniu ostatniej z nich. To mnie zdziwiło, gdyż poprzednim razem, gdy startowałem do działu inwestycji miejskich, wyniki naboru ukazały się kilka dni później na stronie BIP-u UM. Chwilę po zakończeniu ostatniej rozmowy wezwano naszą czwórkę na salę i ogłoszono, że chętnie zatrudniono by nas wszystkich, bo mamy świetne kompetencje. Ale ponieważ jest tylko jeden etat, zajmie go długonoga nie - ekonomistka. Podsumowując: celowo i bezczelnie zmieniono warunki naboru, żeby pracę dostała "krewna i znajoma królika". Poza tym zatarto wszystkie ślady. Na stronie BIP UM nie ma wzmianki o żadnym z dwóch naborów. Nie ma również wyników naboru, co jest, moim zdaniem, złamaniem prawa. Czemu jawność i przejrzystość konkursów na stanowiska urzędnicze to czysta fikcja, a powszechna opinia, że bez znajomości na pracę w urzędzie nie ma co liczyć, jest przyjmowana przez wszystkich za oczywistość? Kiedy zmieni się w końcu mentalność Polaków, że można coś osiągnąć własną pracą, wiedzą, umiejętnościami i wytrwałością, a nie za pomocą czyjejś protekcji? Raczej nie dożyję tych czasów, a póki co, chyba przyjdzie mi zrezygnować z prób zatrudnienia się w Urzędzie Miejskim lub instytucjach mu podległych. Obawiam się, że nasze miasto nie jest niechlubnym wyjątkiem na mapie Polski, lecz pierwszym z brzegu przykładem na jakość funkcjonowania wszystkich polskich urzędów - pisze m.in. czytelnik. W tym gorzkim fragmencie wybranym z obszernego listu pewnie nie jeden z nas znajdzie analogie do własnych niepowodzeń w znalezieniu pracy. Tylko że powołanie się na powszechne przekonanie to za mało, by wytaczać poważne oskarżenia. A oto komentarz Radosława Dulęby, kierownika Referatu Obsługi Krytej Pływalni i przewodniczącego zespołu rekrutacyjnego wspomnianych przez czytelnika konkursów.

- Mogę zrozumieć rozgoryczenie pana, który jest bezrobotny, ale to jeszcze nie powód, żeby oskarżać o kumoterstwo. Nie znałem wcześniej wspomnianej pani. Z testu miała rzeczywiście tyle samo punktów co autor listu, ale wypadła lepiej na rozmowie kwalifikacyjnej. Wcześniej pracowała w szkole, prowadziła tam sekretariat, więc znała się na rzeczach, których będę oczekiwał od osoby zatrudnionej na tym stanowisku. Pan nie miał takiego doświadczenia. Dlatego zdecydowałem się na panią, która otrzymała umowę na czas określony. To, że jeden konkurs różnił się wymaganiami od drugiego o niczym nie świadczy. Obniżyliśmy pułap, ponieważ w pierwszej próbie nikt im nie sprostał. Wyniki ogłosiliśmy zaraz po zakończeniu rozmów kwalifikacyjnych, ponieważ zależało mi na jak najszybszym zatrudnieniu poszukiwanej osoby. W biurze jestem praktycznie sam i każdy dzień zwłoki to problem. W sprawie podania wyników konkursu do publicznej wiadomości dzwoniłem do urzędu miasta i uzyskałem informację, że jest sporządzany protokół i wyniki wkrótce będą ujawnione. Zachowanie tego pana oceniam jako nieuczciwe. Mógł prosić o wgląd w wyniki testu, mógł też wnieść oficjalną skargę. Dlaczego tego nie zrobił? (iwo)

Mówili o bezpieczeństwie pożarowym

Strażacy na festynie

Podczas festynu zorganizowanego przez "Caritas Łazy", na placu przy kościele, odbył się w czwartek również pokaz sprzętu strażackiego. Dochód z imprezy zostanie przeznaczony na zakup wyprawek szkolnych dla uczniów. Zaprezentowano nie tylko sprzęt będący na wyposażeniu samochodu przeznaczonego do działań gaśniczych. Strażak ubrany w specjalny mundur typu "NOMEX", a także hełm i aparat powietrzny zademonstrował również działanie linii szybkiego natarcia. Po pokazach dzieci mogły wejść do kabiny pasażerskiej, zobaczyć jej wyposażenie, lub wznieść się w górę na specjalnej drabinie. Chętnych nie brakowało, zwłaszcza, że strażacy jak zwykle zatroszczyli się o bezpieczeństwo podczas podniebnych podróży. Każdy maluch, który wzbijał się na niewielką wysokość, musiał założyć strażacki hełm. A potem posłuchać pogadanki na temat bezpieczeństwa pożarowego, wygłoszonej przez dowódcę zastępu. (An)

Przetarg trwa, protest salowych także

Szpital szuka firmy porządkowej

Dyrektor szpitala, mimo niechęci załogi, konsekwentnie realizuje plan podpisania umowy z zewnętrznej firmą dbającą o czystość lecznicy. Sprzeciwia się temu personel porządkowy, który obawia się utraty pracy. Na znak protestu salowe od dwóch tygodni pracują w czarnych podkoszulkach noszonych pod służbowymi kitlami, a związku zawodowe negocjują w ich sprawie z dyrektorką Powiatowego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Starachowicach. Jolanta Kręcka zapewnia, że zatrudni tylko takie przedsiębiorstwo, które zagwarantuje zatrudnienie całej załogi odpowiedzialnej za porządek i obsługę techniczną PZOZ (czyli około 70 osób) na dotychczasowych warunkach. Tłumaczy, że szpital na tym zaoszczędzi, bo firmy mają dostęp do lepszych, a przy tym tańszych środków czystości. Dlatego nie ustępuje. Przetarg na firmę sprzątającą realizowany jest zgodnie z planem. W minioną środę 25 sierpnia upłynął termin składania propozycji.

- Wpłynęły 3 oferty. Są korzystne dla szpitala. Mieszczą się w określonym przez nas przedziale finansowym i zawierają gwarancje zatrudnienia całej załogi na okres 24 miesięcy (dwie oferty) i 12 miesięcy (pozostała). Wygląda na to, że którąś z nich wybierzemy. Nastąpi to 31 sierpnia br. - informuje "Gazetę" dyrektor Kręcka. Tymczasem załoga, która nie chce zmiany pracodawcy, ciągle manifestuje niezadowolenie.

- Protest nadal trwa. Pracownicy noszą czarne koszulki pod białymi kitlami. W poniedziałek mam umówione spotkanie z protestującymi i ze starostą - dodaje J. Kręcka. (iwo)

Czekali aż 10 miesięcy na oznakowanie ronda

Tablica nacisku

Radni PiS od paru miesięcy jak mantrę powtarzali do władz miasta prośbę o zawieszenie na rondzie ks. Jerzego Popiełuszki tabliczki z nazwą. Nie mogli się doczekać, więc w końcu sami się o nią postarali i chcieli na ostatniej sesji wręczyć wiceprezydentowi Capale. Zbudowane w miejscu dawnego skrzyżowania ulic Marszałka Piłsudskiego, Radomskiej i Hutniczej rondo zostało ochrzczone jeszcze w ubiegłym roku uchwałą rady miejskiej. O nadanie mu imienia ks. Jerzego Popiełuszki zawnioskował klub PiS. Potem zaczął monitować o jak najszybsze umieszczenie na rondzie tablicy informacyjnej. Kto by pomyślał, że tak prostej sprawy władze miejskie nie potrafią załatwić do dzisiaj? Nie zmobilizowała ich nawet czerwcowa beatyfikacja legendarnego kapelana "Solidarności", choć PiS specjalnie przed tym świętem jeszcze co najmniej dwa razy upomniał się o tablicę. Dopiero na sesji w piątek, 27 sierpnia br., gdy opozycja użyła spektakularnych metod, coś się ruszyło.

- Do tej pory miasto nie oznakowało ronda księdza Jerzego Popiełuszki. Dlatego zaprosiłem na sesję młodzież, która wraz z nami ufundowała odpowiednią tablicę - zapowiedział radny Dariusz Nowak, po czym poprosił, żeby przedstawiciele Forum Młodych PiS wręczyli ją wiceprezydentowi Tomaszowi Jarosławowi Capale, który zastępował przebywającego na urlopie prezydenta. Do przekazania ostatecznie nie doszło. Nagle okazało się, że miasto jeszcze w tym samym dniu powiesi własną tablicę.

- Ja też postanowiłem pana zaskoczyć. Tablica dziś będzie na rondzie - obiecał wiceprezydent i dodał, że ksiądz Jerzy jest także dla niego kimś ważnym.

- Będąc studentem I roku prawa Uniwersytetu Warszawskiego czuwałem w kościele św. Stanisława w momencie porwania księdza, gdy jego losy były jeszcze nieznane - wspominał T. J Capała. Dlaczego w takim razie starachowickie władze zwlekały tak długo z upamiętnieniem człowieka będącego i dla nich autorytetem? (iwo)

Harcerze naprawiają na własną rękę

Ucierpiała siedziba druhów

Budynek Związku Harcerstwa Polskiego przy ulicy Harcerskiej w Starachowicach został uszkodzony w wyniku ostatniej burzy. Harcerze najpierw zabezpieczyli teren biało - czerwoną taśmą, a potem zabrali się za naprawy. Zniszczeniu uległ balkon nad głównym wejściem. Silny wiatr odgiął m.in. blachę z gzymsu. Wiszący kawałek metalu był groźny dla przechodniów. Mógł się całkiem oderwać i spaść na spacerujących.

- Dlatego zabezpieczyliśmy budynek ogradzając jego front taśmą. W tej chwili wykonywane są prace porządkowe, a w dalszej kolejności nastąpi odbudowa ogrodzenia balkonu oraz naprawa i pomalowanie kolumn, na których jest wsparty - mówi zastępca komendanta starachowickiego hufca ZHP, harcmistrz Sylwester Staniszewski. Harcerze nie zlecili naprawy żadnej firmie, chcą się sami zmierzyć z tym zadaniem.

- Nie mamy na to pieniędzy. Wszystko robimy w czynie społecznym. Dlatego trudno mi powiedzieć, kiedy skończymy. Liczymy na pomoc dobrych ludzi - dodaje harcmistrz. (iwo)

Znów popłynął prąd

Uruchomili kasy

Koniec problemów z kupnem biletów miesięcznych na Dworcu Zachodnim, na które od jakiegoś czasu uskarżali się pasażerowie starachowickiego PKS. Ze względu na przerwy w dostawach prądu przez PKP Energetykę, kasy nie działały poprawnie. Pod koniec ubiegłego tygodnia przewoźnik poinformował swoich klientów o podłączeniu ich do innego źródła zasilania. Trudności z funkcjonowaniem kas spowodowane były wstrzymanymi dostawami prądu przez PKP, ze względu na modernizację sieci. Dostawca nie był w stanie poradzić sobie z przepięciem zasilania w budynku, co spowodowało spore problemy. Udało się je rozwiązać dopiero pod koniec ubiegłego tygodnia. W czwartek od godz. 14.00 kasa biletowa PKS na Dworcu Zachodnim została podłączona do innego źródła zasilania i funkcjonuje poprawnie. Aby ułatwić pasażerom zakup biletów przewoźnik udostępnił ją także w sobotę. Bilety można było nabywać od godz. 8.00 do godz. 14.00. (An)

Wszystko zaczęło się w Polsce

W hołdzie "Solidarności"

Uchwałę w sprawie uczczenia 30. rocznicy powstania "Solidarności" podjęła na ostatniej sesji Rada Powiatu. To dowód uznania dla pierwszego powojennego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego, a także jego historycznego przywódcy, za niepodległą, wolną i demokratyczną Polskę. "Solidarność" od momentu powstania przejęła na siebie rolę głównego wyraziciela ówczesnych aspiracji i dążeń społecznych. Z biegiem czasu stawała się siłą napędową i promocyjną doniosłych przemian - czytamy w uchwale przyjętej w czwartek przez radnych. Historycznym dokumentem kierunku toczonej walki o wspólne dobro Narodu oraz Ojczyzny stały się powszechnie znane treści "Porozumień Gdańskich". Były one wyrazem przeobrażającej się świadomości Narodu obejmującej wszystkie warstwy i grupy społeczne. Słowo "Solidarność" szybko stawało się pojęciem mieszczącym w sobie rozliczne i dotąd niezaspokojonej tęsknoty i dążenia Narodu, tj. godność, samostanowienie, duma z własnej historii, niepodległość czy samorządność (...). To dzięki temu związkowi możliwe były bezprecedensowe przemiany, które legły u podstaw reaktywowania samorządu terytorialnego i budowy społeczeństwa obywatelskiego. Gdyby nie wydarzenia z sierpnia 1980 roku, napisali radni, prawdopodobnie mur berliński jeszcze długo pozostałby symbolem podzielonej Europy. Aby nie zapomniano o tym, że wszystko zaczęło się w Polsce, a nie w Berlinie, samorządowcy postanowili uczcić 30. rocznicę powstania "Solidarności", przyjęciem stosownego dokumentu.(An)

Edukacyjne nowości w kraju i regionie

Więcej wolnego, dodatkowy sprawdzian i upominki od kuratora

Ministerstwo Edukacji Narodowej podjęło decyzję o dodatkowych dniach wolnych. Uczniowie mogą odpocząć od lekcji od 6 do 10 dni ekstra. Gimnazjalistom prawdopodobnie dojdzie nowy obowiązek na egzaminie: przygotowanie pracy zespołowej. Ale do dopiero od przyszłego roku. A ten rok dla młodzieży rozpoczynającej naukę w świętokrzyskich gimnazjach zacznie się książkowym upominkiem. Każdy pierwszoklasista naszego województwa dostanie pamiętnik żydowskiego chłopca z bodzentyńskiego getta. Ministerstwo Edukacji Narodowej od tego roku daje szkołom możliwość wydłużenie czasu wolnego o dodatkowe dni. Ich ilość zależy od typu placówki. Do 6 dni wolnych mogą wykorzystać szkoły podstawowe i zawodowe, do 8 gimnazja, a do 10 licea i technika. O tym, w które dni konkretnie nie będzie lekcji zdecydują sami dyrektorzy szkół. Nie muszą prosić o zgodę kuratorium, urzędu miasta, czy gminy. Mogą natomiast skonsultować się z rodzicami i samorządem uczniowskim. Na ułożenie planu dodatkowych dni wolnych mają czas do 15 października br. Ten przywilej będzie jednak kosztować uczniów odsunięcie w czasie początku wakacji. MEN chce bowiem w zamian wydłużyć rok szkolny. Rozdanie świadectw ma się odbyć w ostatni piątek czerwca. Kolejną edukacyjną nowością jest rozporządzenie MEN dotyczące egzaminowania gimnazjalistów. Od następnego roku szkolnego będą musieli nie tylko pisać testy, ale jeszcze przygotować w grupie, a następnie zaprezentować tzw. projekt edukacyjny. Ma to nauczyć młodzież pracy w zespole. W określeniu szczegółów realizacji tego pomysłu resort edukacji zdaje się na dyrektorów szkół. Im z kolei mają w tym pomóc nauczyciele. Nowinką, ale już o lokalnym zasięgu, jest też wspólna inicjatywa marszałka Adama Jarubasa i kuratora oświaty Małgorzaty Muzoł, by wszystkich uczniów pierwszych klas gimnazjów województwa świętokrzyskiego obdarować 1 września książką pod tytułem "Pamiętnik Dawida Rubinowicza". To wspomnienia kilkunastoletniego żydowskiego chłopca, zamkniętego w getcie w Bodzentynie i wywiezionego w 1942 roku do obozu zagłady w Treblince. Pomysłodawcy liczą, że prezent skłoni nastolatków do refleksji na temat ich zachowań wobec rówieśników, do odrzucenia nienawiści i nietolerancji. Wręczenie książek ma być także formą podsumowania programu, który promował najnowszą historię w świętokrzyskich szkołach.(iwo)

W Kinie Miejskim

Wielki remont

Już z końcem października kinomani będą mogli oglądać w Starachowicach filmy w zdecydowanie lepszej jakości. Wszystko dzięki decyzji radnych Rady Miejskiej w Starachowicach. Remont Kina Miejskiego rozpocznie się w najbliższych dniach. To pierwszy etap realizacji projektu pn. "Kino Miejskie Starachowickiego Centrum Kultury cyfrowym oknem na Europę i świat" współfinansowanego w 50% z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w Warszawie. Starachowickie Centrum Kultury stosowny wniosek aplikacyjny przygotowało i złożyło w kwietniu bieżącego roku i uzyskało pozytywną decyzję. Resztę środków na realizację projektu przekazano, dzięki uchwale radnych, z budżetu miasta. W pierwszym etapie zostanie zakupiony i zainstalowany profesjonalny system dźwiękowy wraz z nowoczesnym ekranem kinowym. (esk)

Wizyta delegacji z Vechty

Na zaproszenie starosty Andrzeja Matyni z oficjalną, kilkudniową (27-30 sierpnia br.) wizytą gościł w Starachowicach Albert Focke - starosta powiatu Vechta wraz z małżonką. Goście spotkali się z przedstawicielami władz Powiatu Starachowickiego, zwiedzili starachowickie Muzeum Przyrody i Techniki, Muzeum Porcelany w Ćmielowie, Bałtowski Park Jurajski oraz rezerwat Puszczy Iłżeckiej w Marculach. Wzięli również udział w uroczystościach związanych z obchodami 30. rocznicy powstania NSZZ "Solidarność" oraz w Dożynkach Powiatowo-Gminnych 2010 w Mircu.

Partnerskie powiaty

Współpraca zagraniczna Powiat Starachowicki * Okręg Barski na Ukrainie

Delegacja Powiatu Starachowickiego - starosta Andrzej Matynia oraz członkowie Zarządu Powiatu: Jadwiga Maciejczak i Cezary Berak, przebywała od 20 do 26 sierpnia na Ukrainie w zaprzyjaźnionym mieście Bar. Była to oficjalna wizyta, na zaproszenie władz Okręgu Barskiego, której głównym celem był udział w obchodach 19. rocznicy odzyskania niepodległości przez Ukrainę. Polska delegacja uczestniczyła w okolicznościowej sesji Rady Okręgu Barskiego oraz uroczystościach patriotycznych. Obchodom Święta Niepodległości towarzyszyły liczne imprezy, wystawy i prezentacje, m.in. koncert w Winnicy pt. "Piosenka czystego pola" oraz festyn "Smaki podolskie".

W ramach partnerskiej współpracy i wymiany doświadczeń z dziedziny opieki socjalnej, przedstawiciele Zarządu Powiatu Starachowickiego odwiedzili dwie ukraińskie rodziny zastępcze. W wizytach uczestniczyła pełnomocnik Rejonu Barskiego ds. pomocy rodzinie, sprawująca pieczę nad właściwą organizacją i funkcjonowaniem placówek opiekuńczych. Odbyło się także spotkanie z Zarządem Rejonowego Stowarzyszenia Kulturalno-Oświatowego Polaków w Barze, które współpracuje ze Starostwem Powiatowym w Starachowicach w zakresie organizacji corocznej wymiany kulturalno-artystycznej młodzieży. 1 września br. do Starachowic przyjeżdża młodzież z Baru z opiekunami i przedstawicielami tamtejszej Polonii, aby wziąć udział w kolejnej edycji "Dni Kultury Ukraińskiej w Polsce". Odbędą się wspólne plenery artystyczne, wycieczki oraz spotkania integracyjne, które zwieńczy polsko-ukraiński koncert galowy "Muzyka nie zna granic" pod patronatem honorowym starosty Andrzeja Matyni. Koncert odbędzie się 4 września w Starachowickim Centrum Kultury, rozpoczęcie o godz. 11.00 - wstęp wolny. Zapraszamy serdecznie.

Tytularny awans

Z kierownika dyrektor

Wiesław Daszkowski, pełniący do tej pory funkcję kierownika Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie, od czwartku jest już dyrektorem tejże placówki. A wszystko z powodu zmian w statucie jednostki, jakie wprowadzili na ostatniej sesji radni powiatu. Dotyczyły one dwóch kwestii - powierzenia nadzoru nad placówką etatowemu członkowi Zarządu Powiatu, a także nazwy stanowiska osoby kierującej jednostką. Do tej pory był to kierownik, który w myśl uchwały powinien stać się dyrektorem. Chodziło przede wszystkim o ujednolicenie nazw stanowisk osób kierujących jednostkami organizacyjnymi powiatu, uzasadniali autorzy projektu. Sprawa była już dyskutowana podczas poprzednich sesji, dlatego nie budziła żadnych wątpliwości. (An)

Ogłoszono zapisy

Zajęcia dla osób z autyzmem

Warsztat Terapii Zajęciowej przy ulicy Wiosennej w Starachowicach chce przyjąć na zajęcia osoby cierpiące na autyzm i zaburzenia pokrewne. Na razie tylko dwa razy w tygodniu na parę godzin, żeby rozeznać potrzeby tego środowiska. Oferta WTZ przeznaczona jest dla chorych pełnoletnich. Proponuje się im udział w zajęciach we wtorki i piątki w godzinach od 16.00 do 19.00. Zapisywać można się do 15 września br. Na razie zainteresowanie jest kiepskie.

- W tej chwili nie mamy żadnych chętnych - mówiła nam na początku minionego tygodnia kierowniczka Warsztatów Wiesława Zakłada.

- Zajęcia poprowadzilibyśmy od 1 października br. Na próbę, żeby się przekonać, czy chorym to odpowiada, ewentualnie, czy się kwalifikują. Pozwoliłoby to zorientować się, czy istnieje konieczność rozbudowania naszych Warsztatów na potrzeby tych osób - dodaje W. Zakłada. Zajęcia to odpowiedź władz powiatu starachowickiego na oczekiwania opiekunów autystyków z naszego miasta i regionu. Głównie Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Autyzmem i Zaburzeniami Pokrewnymi "Otwórzmy Świat" ze Starachowic. Ale sygnały w tym zakresie napłynęły też od dyrekcji Specjalnego Ośrodka Szkolno - Wychowawczego w Starachowicach. Swojego czasu Stowarzyszenie "Otwórzmy Świat" starało się o uruchomienie placówki mogącej zapewnić chorym kompleksową opiekę. Rozmowy na temat wykorzystania starej szkoły w Osinach (gmina Mirzec) prowadzone z wójtem Bogusławem Nowakiem oraz zarządem powiatu starachowickiego nie przyniosły efektów. Sprawa rozbiła się o finanse. Strony oglądały się na siebie nawzajem licząc, że to któryś z partnerów weźmie na siebie koszty prowadzenia ośrodka. Opieka starachowickich warsztatów, to próba znalezienie innego wyjścia z sytuacji. Jednak z naszej rozmowy z Andrzejem Kominkiem, prezesem organizacji "Otwórzmy Świat" wynika, że spodziewano się czegoś innego.

- Do tej pory autystycy byli grupą dyskryminowaną. Nasze stowarzyszenie od 3 lat stara się to zmienić. Dlatego cieszymy się, że coś się zaczęło dziać, że władze zmierzają w kierunku przebudowy WTZ, aby służyły także i tej grupie. Jesteśmy zainteresowani zajęciami, choć do nas nikt się bezpośrednio nie zwrócił. Oczekiwaliśmy jednak innej formy opieki: nie w wybrane dni przez kilka godzin, ponieważ z autystykami nie da się pracować w ściśle wyznaczonym terminie. To są ludzie wrażliwi, nerwowi, których nie można do niczego przymusić. To my musimy się dostosować do ich potrzeb. Na przykład mój syn o godz. 17.00 rozbiera sobie łóżko i idzie spać. Nie ma wtedy mowy o żadnych zajęciach. Innym problemem jest skierowanie oferty tylko do dorosłych. Tymczasem nasze stowarzyszenie obejmuje opieką 13 dzieci w różnym wieku, z których tylko 3 to osoby powyżej 18. roku życia. Gdyby uwzględniono także młodzież z zajęć WTZ mogłaby skorzystać większa grupa. Przyjmujemy ofertę z ochotą, niemniej oczekujemy nieco szerszych rozwiązań, żeby nasze dzieci miały opiekę nie tylko w określonych godzinach -podsumowuje A. Kominek. (iwo)

Wyjazdowy koniec wakacji

Zwiedzali Kraków

Ostatni tydzień wakacyjnych zajęć w Klubie Spółdzielczym "Wanacja" obfitował w atrakcje. A najciekawszą była wycieczka do Krakowa, która zakończyła "Akcję Lato". Autokarowa wyprawa do Krakowa na stałe wpisała się w kalendarz wycieczek klubu "Wanacja". Pierwszą atrakcją była wizyta w Parku Wodnym, gdzie klubowicze do woli mogli korzystać z basenowych przyjemności. Potem przyszedł czas na relaks, więc trójwymiarowym kinie obejrzeli film "Shrek". Kolejnym punktem wycieczki było zwiedzanie Starego Miasta. Dzieci podziwiały Kościół Mariacki i Sukiennice. Oprócz tego miały okazję oddać hołd tragicznie zmarłej parze prezydenckiej: Marii i Lechowi Kaczyńskim.

- Za pośrednictwem GAZETY chciałabym podziękować przewoźnikowi, spółce PKS Starachowice, a dzieci z osiedla Południe zaprosić do udziału w kolejnej, tym razem zimowej akcji w klubie. A od 1 września zapraszamy na zajęcia muzyczne, plastyczne i świetlicowe - powiedziała Halina Kępińska, kierownik klubu. (J)